piątek, 4 marca 2016

Fiszewo. Wieś naznaczona dramatem czyli jak narodził się symbol.

Obszar, na którym dzisiaj znajduje się wieś Fiszewo, był terenem jaki dość szybko został opanowany przez Krzyżaków. Już w roku 1257 wzmiankowany jest w dokumencie zakonnym (niestety nie doszukałem się w jakim) jako świadek "commendator de Wyscovia"  brat Sifridus, który był komturem nowo utworzonej komturii fiszewskiej. Zauważyć trzeba również, że gród, prawdopodobnie o konstrukcji drewniano-ziemnej już od jakiegoś czasu stoi na tych terenach, będąc ważnym ogniwem w łańcuchu obronnym Zantyr - Elbląg. Przypuszcza się również, że Krzyżacy opanowali wcześniej istniejącą plemienną fortyfikację pruską - pomezańską.
Według Petera von Dusburg, (Piotra z Dusburga), niemieckiego, krzyżackiego kronikarza, gród został zniszczony w czasie drugiego powstania pruskiego w 1271 roku. Owo powstanie wyłoniło bohatera Prusów, którego Fokus Historia w 2011 roku nazwał Pruskim Braveheartem. Był nim Herkus Monte z rodu Montemidów, wielmożów plemienia Natangów. Za młodu został wzięty jako zakładnik pokoju i przebywał w Magdeburgu, gdzie zapoznał się z dworskimi obyczajami wyższych sfer oraz nauczył się niemieckiego i łaciny (został również ochrzczony). Tak więc, gdy w roku 1260 Zakon poniósł klęskę w bitwie nad jeziorem Durbe w dzisiejszej Łotwie tracąc marszałka Henryka Botelmistrza krajowego inflant Burcharda von Hornhausen oraz ok. 150 rycerzy zakonu, a plemiona pruskie, jak relacjonuje Piotr z Dudburga,
"...w przeddzień święta świętego Mateusza Apostoła i Ewangelisty (21.IX), Prusowie widząc. że bracia w czasie tej wojny zostali osłabieni stratą braci, rycerzy, koni[SIC!] i innych rzeczy potrzebnych do prowadzenia walki, 'dodali zło do zła i gwałt do gwałtu', i ponownie odstąpili od wiary i wiernych i powrócili do dawnych błędów; na wodzów i dowódców swojego wojska wybrali: Sambowie pewnego męża zwanego Glande, Natangowie Henryka Monte, Warmowie Glappa, Pogrezanie Auttuma, Bartowie Diwana”. 
- powstanie zyskało godnego wodza. 
Kilka migawek z wojny krzyżacko-pruskiej, według Kroniki Ziemi Pruskiej Piotra z Dusburga:
" W roku Pańskim 1261, kiedy wieść tym prześladowaniu przeszła przez Niemcy, poruszyła ona książąt i baronów. Dlatego na pomoc wspomnianej ziemi przybyli pan z Reyder i wiele szlachty z innych części Niemiec, którzy cierpieli ból w imię wiary i wiernych z tego powodu, że nowa uprawa kościoła założona kosztem rozlewu krwi wielu chrześcijan (i jeszcze większej ilości krwi plemion pruskich) miałaby tak żałośnie zginąć. Razem z braćmi i ich uzbrojonymi ludźmi wtargnęli do ziemi Natangii, zniszczyli ją ogniem i grabieżą, pojmali i zabili wielu wrogów, a następnie cofnęli się do tego miejsca, gdzie obecnie położony jest zamek Brandenburg ( Pokarmin, dzisiaj Uszakowo)"
W opracowaniach historycznych często przytacza się przypadek spalenia na stosie, w ofierze dziękczynnej, prawdopodobnie przyjaciela Henryka Monte jeszcze z czasów magdeburskich - Hirtzhalsa.
 "Po tej rzezi Natangowie chcieli złożyć ofiarę bogom, rzucili zatem los pomiędzy Niemców wziętych tam do niewoli (pod Pokarminem) , a los dwukrotnie wskazał na pewnego szlachetnego i bogatego mieszczanina z Magdeburga zwanego Hirtzhals, który znalazłszy się w trudnym położeniu prosił Henryka Monte, aby przypomniał sobie dobrodziejstwa jakie mu często wyświadczał w mieście Magdeburgu, i aby go wybawił z tego nieszczęścia. Henryk, kiedy to usłyszał, współczuł mu i dwukrotnie go zwolnił. Ale kiedy rzucony po raz trzeci los ponownie wskazał na niego, nie chciał, by mu darowano, lecz w prawdziwym wyznaniu wiary oddał się dobrowolnie na ofiarę Bogu; został przywiązany do konia i spalony".
"...Prusowie  trzema oddziałami wijska, trzema machinami oblężniczymi oraz innymi sprzętami wojennymi oblegli zamek biskupa warmińskiego w Lidzbarku. Oblężeni w nim obrońcy, przyciśnięci głodem, zjedli 250 koni i ich uprząż. [SIC!] W końcu kiedy całkiem zabrakło żywności, opuścili zamek i potajemnie wycofali się aż do miasta Elbląga, gdzie wyłupili oczy wszystkim 12 zakładnikom pruskim, których ze sobą przywiedli, i odesłali ich do ich krewnych."
" Kiedy bracia z zamku Reszla usłyszeli, że zamki Królewiec, Krzyżbork i Bartoszyce zostały oblężone przez Prusów, przerazili się bardzo i po wielu naradach i różnych rozmowach spalili na popiół zamek i wycofali się bocznymi drogami przez pustkowia"
" W tym roku (1266, 11 stycznia) Świętopełk, książę pomorski, 'kiedy już nie mógł się podnieść z łoża, i poczuł, że zbliża się śmierć, przywołał do siebie swoich synów' i 'w ostatniej woli, którą uprawomocnił swoją śmiercią', dał im taką naukę mówiąc: "Kiedy pomiędzy mną z jednej strony z braćmi domu niemieckiego z drugiej strony wojna przybierała na sile (Świętopełk czynnie wspierał pierwsze powstanie pruskie), ja zawsze stawałem się słabszy; walczyłem z nimi różnymi środkami, i godziwymi i niegodziwymi, i ich nie pokonałem, ponieważ Bóg jest z nimi i walczy za nich. Dlatego radzę wam, abyście nigdy nie stawali im naprzeciw, lecz odnosili się do nich z pełnym szacunkiem". Jego syn pierworodny, Mściwoj,(co ciekawe, 1243 roku Świętopełk  został zmuszony oddać swojego syna Mściwoja jako zakładnika Krzyżakom, co miało stanowić gwarancję zachowania pokoju; w niewoli krzyżackiej, na terenie ich posiadłości w Austrii Mściwój przebywał aż do 1248 roku ) nauki tej nie posłuchał. Po śmierci ojca, kiedy został księciem Pomorza, z pewną lekkomyślną zuchwałością podążył złą drogą, którą szedł dawniej jego ojciec, i sprowadził Prusów, żeby wspólnie z wojskiem ogniem i grabieżą niszczyli ziemię chełmińską i biskupstwo pomezańskie, z leżącego naprzeciw, a należącego do niego zamku Nowe. Wtedy też Prusowie z jednej strony Wisły i załoga zamku Nowe z drugiej strony rzeki skutecznie zaatakowała 15 statków braci wypełnionych rzeczami potrzebnymi do obrony wiary i wiernych, i tak długo na nich napierała, aż odpłynęli po wyrzuceniu ze statków całego ładunku, gdyż inaczej odpłynąć nie mogli."
.
Trzeba przyznać, że historia II powstania Prusów świetnie nadaje się na filmową superprodukcję - łącznie z tragiczną śmiercią Herkusa w 1273 roku, spowodowaną prawdopodobnie zdradą, któregoś ze współtowarzyszy. 
"Wtedy zdarzyło się, że Henryk Monte, ich wódz , z kilkoma swoimi druhami udał się w miejsce odludne i tam siedział sam w swoim namiocie, gdy jego towarzysze poszli na polowanie. Nieprzewidzianym zbiegiem okoliczności [SIC!] nadeszli nagle bracia Henryk z Schönburga, komtur Dzierzgonia, i Helwig z Goldbach razem z kilkoma zbrojnymi,(ot, na spacerku poobiednim byli [SIC!]) i gdy ujrzeli Henryka, doznali wielkiej radości, pochwycili go i powiesili na drzewie. A gdy ten wisiał, przebili go jeszcze mieczem".
Dla Prusa nie było większej hańby jak umrzeć powieszonym, a przebili go mieczem Krzyżacy aby mieć 100% pewności o jego śmierci.

Po 1320 roku wspomina się już tylko o siedzibie prokuratora w Fiszewie, a potem wójta. Gród zostaje przyporządkowany komturii elbląskiej a jego funkcje przejmuje nowo wybudowany, murowany dwór obronny na terenie dzisiejszego Nowego Dworu Elbląskiego (Neuhof - nazwa miejscowości wzięta od świeżo postawionego "nowego dworu").
Dokumenty krzyżackie pozwalają na poznanie imion wójtów Fiszewa z okresu XIV wieku, który w historii Europy Zachodniej zapisał się głodem i czarną śmiercią dziesiątkującą ludność. Na szczęście ominęła tereny polskie. W roku  1329 wójtem był Henryk von Kittlitz , Konrad w 1321 i Jan von Masemonster z  1379 roku. Apogeum panowania czarnej Śmierci określa się na 1348 rok.

Z okresu krzyżackiego dotrwały do naszych czasów ruiny kościoła katolickiego, którego powstanie datuje się na lata 1380-1400. Ruiny są skutkiem pożaru, który strawił budowlę w nocy z 31 na 1 kwietnia 1948 roku. Kościół nie został odbudowany.  Według historyków kościół w Fiszewie pojawia się po raz pierwszy w źródłach pisanych w 1414 roku, jako wzmianka o plebani przy kościele katolickim, w prawie lokacyjnym dla Gronowa. Natomiast z roku 1435 pochodzi wzmianka o Mikołaju Salvet (Salfelt) na uniwersytecie bolońskim. Podaję za Karolem Górskim, "Studenci z Prus w Bolonii w XIV i XV wieku:
"1435 Dominus Nicolaus Salvet rector parochialis ecclesie in Fiscaw [Fischau, Fiszewo koło Malborka i Elbląga] Pomesaniensis diocesis, perpetuus vicarius in eccl. Misnensi (Meissen). W roku 1436 był substytutem prokuratora nacji niemieckiej Andrzeja Ruperti (postaci wybitnej jednak zasłużonej dla Krzyżaków, dla których korzyści naginał prawo). Dnia 5 grudnia 1438 roku zdał egzamin z prawa papieskiego, w 1439 rector dominorum ultramontanorum. Był księdzem krzyżackim, w 1441 został oficjałem, miał zapewne doktorat z prawa w Bolonii; od 4 czerwca 1449 roku był proboszczem Nowego Miasta Elbląga."
Kościół  w Fiszewie, Św. Jana Ewangelisty, (tekst z tablicy przy ruinach) był budowlą trójnawową o wymiarach 25,5 na 15,3 m wraz z niewielkim , jednoprzęsłowym prezbiterium. Podczas budowy wykonano podpory pod sklepienia, których jednak nie założono, jedynie prezbiterium otrzymało sklepienie.



Trzy nawy pokryto drewnianym stropem. Ścianę południową świątyni wykonano w stylu gotyckim, użyto tu cegły o wymiarach 8 / 14,5 / 30 cm, przeciwległą ścianę północną - cegłami o wymiarach 7/13/29 cm w układzie krzyżowym. Różnica ta wynika z faktu, iż już w 1654 roku ściana ta było wzmacniana a po interwencji biskupa w 1678, była ponownie naprawiana. Podczas powodzi w 1742 roku, ściana oraz belki wzmacniające wcześniejsze pęknięcia, zostały poważnie naruszone. Było to bezpośrednią przyczyną runięcia sklepienia prezbiterium oraz ponownego uszkodzenia ściany północnej 16 sierpnia 1754 roku (w dzień św.Rocha) Powiatowy inspektor budowlany Abesser, odbudował zniszczone prezbiterium, sadowiąc je na starych fundamentach w latach 1897-1898. Zniszczoną dalszą część kościoła (dach, ściana północna oraz wieża), odbudowano dopiero w latach 1913-1915. To z tego okresu pochodzi, dobudowana, masywna wieża z drewnianym dachem w formie kopuły dzwonniczej.






Wcześniejszą wieżę , już w 1637 roku opisywano jako wieżę nakrytą deskami. Podczas odbudowy 1913-1915 zmieniono pokrycie wieży na dachówki o wyjątkowej trwałości, czyli mnich-mniszka, takie same jak na dachu kościoła. Kościelna wieża zawsze wyposażona była w dzwony, które przywoływały mieszkańców na mszę. Jeszcze przed najazdem szwedzkim, w latach 1656-1660 wisiały w niej 4 dzwony, po najeździe, dwa pęknięte dzwony trafiły do Elbląga. Przed II wojną światową istniały dwa dzwony - odlany w Elblągu w 1677 roku z dawnych fiszewskich dzwonów oraz z 1506 roku, zawieszony na wieży w 1669 roku.
Z opisów dawnego wyposażenia kościoła w Fiszewie wiemy, że były w nim:
  • dwa barokowe ołtarze główne Narodzenia Pańskiego oraz Św. Wawrzyńca z końca XVII wieku, zamienione w 1897 roku na jeden z obrazem Św. Jana
  • ambona z wizerunkami ewangelistów
  • dwie granitowe chrzcielnice
  • drewniana tablica pamiątkowa ku czci poległych w czasie wojny 1813-1814
  • 12 płyt epitafijnych wraz z gmerkami, umieszczonych pod wieżą, pochodzące z przełomu XVI i XVII wieku, m.in. Lucasa Bliffernich z Fiszewa (zm.1590), Martena Dam z Oleśna (zm.1603), Georga Schulz z Klecia (zm.1625) 

Do dnia dzisiejszego zachowało się kilka "okruchów" tych płyt pod wieżą. W wejściu w portalu południowym, odkryto przepołowioną płytę nagrobną z gmerkiem nieznanego właściciela.


Kościół od samego powstania należał do katolików. Królewskim nakazem, ziemia w okolicach Fiszewa przekazana została Kościołowi na utrzymanie seminarium duchownego i wikariuszy parafii św. Mikołaja w Elblągu. Po roku 1821, kiedy Fiszewo weszło w granice diecezji warmińskiej, znacząca część ziemi stała się własnością seminarium duchownego w Braniewie. Do seminarium, należała również świątynia z Fiszewa. 
Przy kościele istniał cmentarz, na który do czasów obecnych zachowały się:
  • nagrobek rokokowy z 1793 roku



  •  nagrobek klasycystyczny z 1815 roku
  • odnaleziona waza z pomnika nagrobnego





  •  obudowy w formie skrzyń
  • trzy krzyże żeliwne
  • dwa nagrobki w formie krzyży, jeńców rosyjskich z I wojny światowej














Kościół ocalał ze zniszczeń wojennych, został jednak gruntownie spustoszony, pozbawiony drzwi wejściowych i ławek. Obecny stan, jest wynikiem pożaru jaki strawił budowlę w nocy z 31 na 1 kwietnia 1948 roku i moim zadaniem stanowi do dziś ponury żart z tego jak traktowane są w Polsce zabytki klasy zerowej. Innym przykładem jest kościół w Gnojewie, ale o nim i o miejscowości będzie w innym wpisie. 
Z kościoła w Fiszewie uratowano przed ogniem obrazy Drogi Krzyżowej, ołtarz główny i jeden z ołtarzy bocznych, stelle i dwie szafy z zakrystii.

We wsi znajdował się jeszcze jeden kościół - ewangelicki. Zbudowany po raz pierwszy w roku 1643, następnie w roku 1706 zastąpiony nowym i w 1886 kolejnym. Rozebrany został w 1945 roku. Wyznawcy, protestanci mieli swój cmentarz, położony w centrum Fiszewa, przy skrzyżowaniu dróg. Cmentarz był podzielony na dwie części: ewangelicką i mennonicką. Dzięki spisom dokonywanym przez prusaków w 1776 roku wiemy, że w Fiszewie, w owym roku zamieszkiwała tylko jedna rodzina, której głową był Dirck Dick. W roku 1820 na 387 mieszkańców, 7 było mennonitami a 40 lat później - 8 należało do wspólnoty Jezioro-Markusy.
Część ewangelicka cmentarza jest silnie zdewastowana i przedstawia raczej smutny widok, zaś część mennonicka może się jeszcze pochwalić kilkoma zachowanymi stellami, w tym jedną, którą obrasta drzewo. 











W Fiszewie znajduje się miejsce pamięci, poświęcone żołnierzom powstania listopadowego, które stało się symbolem stosunku rządu Prus do żołnierzy polskich. Powstanie listopadowe rozpoczęło się w nocy z  29 na 30  listopada 1830 roku w Warszawie, a zakończyło się 21 października 1831 roku.
W zasadzie była to wojna polsko - rosyjska, ponieważ po stronie polskiej brało w niej udział regularne wojsko. Na skutek wewnętrznych sporów i podziałów na linii władza cywilna - naczelne dowództwo wojskowe, ta pierwsza opuściła granice Królestwa Polskiego w dniu 25 września 1831 roku, udając się do Prus. Główna grupa członków Sejmu na czele z marszałkiem Władysławem Ostrowskim i rząd na czele z prezesem Bonawenturą Niemojowskim, w otoczeniu silnej eskorty skierowała się do Brodnicy, przez Mazowsze Płockie, ziemię dobrzyńską, przez Sierpc do Rypina, a potem przez Strzygi, Osiek i Gorczenicę. Na czele eskorty krakusów podążał mjr. Walenty Zwierkowski.
 Bonawentura Niemojowski.

 Walenty Zwierkowski.

Władysław Ostrowski.

Dnia 26 września 1831 roku Rząd Narodowy Bonawentury Niemojowskiego (jako ostatni prezes Rządu Narodowego, przez sąd carski został, zaocznie, skazany na "karę śmierci przez ucięcie głowy")
w grupie czterdziestoosobowej posłów, senatorów, i członków rządu, przekroczył granicę Prus i znalazł się w Brodnicy. Zwierkowski pod tą datą zanotował:
Eskorta odprowadziła Prezesa i Marszałka do samych słupów pruskich. A gdy rozstali się wojskowi z cywilnymi, odezwała się muzyka, trębacze jazdy zagrali „Jeszcze Polska nie zginęła” — był to rozczulający moment, ale dowód, że i w nieszczęściu nie wierzono, aby Polska już zginęła. Cywilni rozbrojeni wskazany mieli pobyt swój opodal granicy, Wojskowi wracali do swej armii; Ułani natychmiast cofnęli się, Krakusy zaś czekać musieli na powrót szwadronu w pogoń za Czerkiesami wysłanego, a potem udali się nazajutrz przez Skępe do Lipna, a następnie z Lipna ku Włocławkowi”
Razem z tą grupą, na teren Prus weszły rodziny towarzyszące oficerom i ochotnikom, którzy obawiali się carskich represji.

Wraz z wyjściem „cywili” za granice Królestwa Polskiego cała władza cywilna spoczęła w rekach naczelnego wodza gen. Macieja Rybińskiego, choć już od 26 września traktowany był on jako dyktator powstania.

Wczesnym rankiem 30 września 1831 r. armia polska opuściła przedpola Włocławka.
Na niezniszczony przez Polaków most przez Wisłę gen. Piotr P. Pahlen rzucił parę granatów i niebawem przeprawił przez niego swoje oddziały, podążając za Polakami. Naczelny wódz, jak się wydawało miał w planie kierować się w stronę Augustowskiego. Plan ten jednak był niemożliwy do zrealizowania, Paskiewicz bowiem skoncentrował w tym czasie miedzy Rypinem a Biezuniem około 56 tysięcy żołnierzy i 270 dział. Ponadto w Łomży feldmarszałek zgrupował przeszło 25 tysięcy ludzi. Jak się wydaje, gen. Rybiński znał ten układ sił, stąd też skierował się w stronę granicy pruskiej, choć nie jest jasne, dlaczego wybrał drogę dłuższą niż powinien.  Armia polska skierowana została bowiem poprzez Lipno–Wymyślin–Łąkie–Rogowo–Rypin i Świedziebnię.

Na początku października armia polska znajdowała się przy granicy pruskiej niejako już otoczona przez wojska rosyjskie "spychające" ją do granicy i wojska pruskie, które miała przed sobą. Naczelny
wódz 4 października wysłał gen. Antoniego Wronieckiego z listem do przygranicznych władz pruskich celem ustalenia warunków, na jakich armia polska mogła przekroczyć granice. W zawartej przez Wronieckiego konwencji ustalono, ze władze pruskie zapewnią wojsku polskiemu „opiekę i bezpieczny pobyt”, w granicach państwa pruskiego pod warunkiem złożenia broni i poddania się miejscowym prawom. Prusacy musieli zapewnić wypłatę żołdu i dostarczenie artykułów żywnościowych (pieniądze jakie prusacy wypłacali miały potem być im zwrócone przez cara, jednak bardzo szybko władze carskie ogłosiły amnestię dla uczestników powstania, przez co zwolniły się z obowiązku zwrotu pieniędzy). Warunki te w kilka godzin potem podpisał naczelny wódz, podejmując jednocześnie dalsze przygotowania do przekroczenia granicy. Ustalono, że 5 października o godzinie 7 rano oddziały znajdą się nad granicą w wyznaczonych punktach.
Dnia 5 października 1831 roku o godzinie 7 rano sztab główny z generałem Maciejem Rybińskim w asyście 5. pułku strzelców konnych, 1. dywizja piechoty i artyleria przeszedł granice zaborów ze Szczutowa sródpolną droga do granicy na pola majątku Gaj przy wsi Bachor nad Pissą. 3. i 4. dywizje piechoty i brygada kawalerii pułkownika Kosko przeszły z Rokitnicy przez wsie Sobiesierzno i Komorowo na obrzeża wsi Jastrzębie, a następnie do miejsca wspólnej koncentracji we wsi Bachor. Pruski generał Friedrich von Smitt, w asyście kilku oficerów, prowadził Polaków na teren Prus. Na czele jechał generał Rybiński, otoczony sztabem głównym. Wszyscy owinięci byli w długie, granatowe płaszcze. Za nimi podążała cała jazda z pułkiem strzelców, potem artyleria, a na końcu piechota. Na granicy oczekiwało kilka kompanii fizylierów pruskich, którzy towarzyszyli wojsku polskiemu aż do wyznaczonego na postój pola. O ćwierć mili dalej stał pruski generał von Zöppelin, dowódca 3. dywizji piechoty, wchodzącej w skład 1. korpusu pruskiego, z pułkiem huzarów z kilkoma batalionami piechoty i baterią armat, ustawionych frontem do nadciągającego wojska polskiego. Pruscy generałowie, po odbyciu grzecznościowej wymianie zdań w języku francuskim, chcieli zobaczyć słynnych „czwartaków”, tj. 4. pułk piechoty liniowej, a następnie podziwiali sprawność manewrową 5. pułku strzelców konnych. Następnie generał Rybiński podjechał do gen. Zöppelina, który w dłuższej rozmowie przedstawił mu warunki jakie dzień wcześniej zawarł konwencja polsko-pruska. Poręczała ona wojsku polskiemu w imieniu króla Fryderyka Wilhelma III opiekę i bezpieczny pobyt, jednak pod warunkiem odbycia kwarantanny i podporządkowania się prawom pruskim (kwarantanna w zasadzie była formą szykany - przez 5 dni wojsko stało w polu, pod gołym niebem pod pretekstem obawy przed cholerą, podczas gdy ta choroba na terenie  zaboru pruskiego szalała już w lipcu m.in. w Brodnicy zmarło 239 osób na 346 zachorowań).Po rozmowie naczelny wódz powrócił na pole, gdzie miało odbyć się złożenie broni. Kawaleria zajeła miejsce na lewo, piechota i artyleria natomiast na prawo od gościńca. Po ustawieniu się pierwszych pułków na polu koło młyna Bachor nad rzeka Pissą, armia polska rozpoczęła składanie broni, której wcześniej nie zdążono zakopać lub zniszczyć. Rosły sterty karabinów, lanc i pałaszy.

Armia polska w momencie przejścia na teren zaboru pruskiego liczyła 19 871 ludzi, w tym 10 generałów, 89 oficerów sztabowych i 416 oficerów młodszych. Granice przejechało 95 armat z zaprzęgami, 5 280 koni kawaleryjskich i 2 556 koni artyleryjskich. Po kilku dniach do Brodnicy dotarły dalsze grupy rannych, stąd trzy dni  później,  8 października 1831 roku armia polska na terenie zaboru pruskiego w 25 batalionach, 52 szwadronach liczyła 20 891 ludzi, w tym było 10 generałów, 131 oficerów wyższych, 1 253 oficerów niższych, 2 753 podoficerów, 609 muzyków i 15 562 szeregowych. Za przekraczającą granicę armią szło 17 kapelanów wojskowych. Liczbę przekraczających granice pruską w dniu 5 października 1831 roku należy jednak przyłożyć do
31 374 bagnetów i szabel, które wykazano po opuszczeniu Modlina na początku września tego roku. Ostatecznie 5 października 1831 roku w chwili przekroczenia granicy pruskiej, spośród generałów służby czynnej, znajdowali się przy armii : Rybiński, Dembiński, Lewiński, Węgierski, Dłuski, Wroniecki, Bem oraz generałowie „bez komend”: Małachowski, Wojczyński, Pac, Suchorzewski, Ziemiecki i Muchowski. Jednak po przekroczeniu granicy pruskiej większość generałów opuściła internowaną armie. Z wojskiem polskim pozostali jedynie: Rybiński, Lewiński, Bem, Małachowski, Wojczyński i Suchorzewski.
Po odbyciu kwarantanny, około 12 października 1831 r. nakazano korpusowi polskiemu przeniesienie się w okolice Gdańska, Malborka, Elbląga, Fiszewa, Kwidzyna, Malborka i Tczewa. Tam sytuacja kwaterunkowa była nieco lepsza. W Elblągu fetowano nawet Polaków odegraniem hymnu „Jeszcze Polska nie zginęła”. Około 19 października Polacy otrzymali stałe kwatery. Ostatecznie rozlokowano ich na terenie powiatów: gdańskiego, malborskiego, sztumskiego, elbląskiego i suskiego. Internowani  żołnierze polscy korzystali początkowo z względnej swobody poruszania się. W Elblągu stacjonowali m.in. generałowie Józef Bem i Maciej Rybiński. W Tczewie ulokował się sztab kawalerii pod dowództwem płk. Franciszka Kosko oraz szpital dywizyjny. Sztab piechoty siedzibę miał w Malborku z dowodzącym płk. Feliksem Breańskim. W Elblągu i okolicy wśród miejscowej ludności odżyła na nowo sprawa polska. W początkach listopada 1831 r. w „Gazecie Elbląskiej” zamieszczono życiorysy polskich generałów: Chłopickiego, Dwernickiego, Małachowskiego, Skrzyneckiego, Rybińskiego i Bema. Przybycie internowanych Polaków do Elbląga stało się również okazją do odnowienia pamięci o dawnym panowaniu tu królów polskich. Główną rolę w organizowaniu tak ciepłego przyjęcia odegrali Sierakowscy z Waplewa, mocno związani z ziemią dobrzyńską. Staraniem gen. M. Rybińskiego w elbląskim kościele pod wezwaniem św. Mikołaja odbyło się nabożeństwo żałobne w intencji poległych w powstaniu listopadowym.

Początkowo zapowiadało się, iż władze pruskie zostawią wszystkim internowanym swobodę decydowania o swoim losie. Oficerom polskim zabiegającym o wyjazd na Zachód nie stawiano przeszkód. Z czasem utrzymanie około 30 tysięcy polskich powstańców stało się zbyt kosztowne. Częściowe rozwiązanie problemu umożliwił wydany w dniu 1 listopada 1831 roku dekret cara Mikołaja I o amnestii dla żołnierzy i podoficerów pochodzących z Królestwa Polskiego. Rosja uważała, że akt amnestii zwalnia ją od zobowiązań finansowych na utrzymanie internowanych powstańców. W dniu 6 listopada 1831 roku z Berlina wyszło rozporządzenie nakazujące wszystkim podoficerom i szeregowym powrót do Królestwa Polskiego. W dniu 28 listopada pruski generał von Krafft wydał obwieszczenie wzywające podoficerów i żołnierzy powstańczych do posłuszeństwa rozkazowi królewskiemu i do przygotowania się do wymarszu powrotnego z dniem 10 grudnia 1831 roku.  Zapowiedziano , że mimo dotychczasowego zachowywania posłuszeństwa i karności jakiekolwiek próby oporu będą uznawane za przejaw wrogości do państwa pruskiego i będą surowo karane. Powstańcy, którzy odmówią powrotu zostaną pozbawieni pomocy i nie otrzymają żywności. Generał von Rummel osobiście poinformował generała Bema, że dłuższy pobyt w Prusach nie będzie powstańcom dozwolony i narazić ich może na wydanie władzom rosyjskim. 

W dniu 15 grudnia 1831 roku gen. Józef Bem wyjechał z Elbląga do Drezna, gdzie miał organizować zbiórkę pieniędzy na emigrację żołnierzy do Francji, na co zaczęła płynąć pomoc finansowa. Na przykład kupiec elbląski Wegmann otrzymał z domu handlowego "Magnus" w Berlinie polecenie wypłacenia oficerom polskim odpowiednich sum na podróż do Francji. Podobne zlecenia otrzymały domy handlowe "Albrecht et Jebens" w Gdańsku i królewiecki "Oppenheim". 

Emigracja miała być dla powstańców alternatywą zamiast przymusowej i 25-letniej służby w armii carskiej. Wkrótce też wyprawiono na Zachód następnych jedenastu oficerów agitujących powstańczych żołnierzy do wyjazdu na emigrację. Byli wśród nich gen. Józef Szymanowski i podpułkownik Karol Szlegel. Wyjazd generała Bema i innych "niebezpiecznych agitatorów" miało na celu przerwanie ich negatywnego wpływu na podkomendnych. Do samej granicy francuskiej gen. Bem był pod kontrolą tajnej policji pruskiej. Na dzień 19 grudnia wyznaczono wyjazd do Francji przebywających w Elblągu i jego okolicach oficerów artylerii. W następnych dniach mieli wyjechać oficerowie innych formacji. 
Wydawaniu paszportów dla podoficerów i szeregowych byli Prusacy zdecydowanie przeciwni, gdyż istniała obawa przed powstaniem na ziemi francuskiej zbyt silnych legionów polskich. Droga na zachód wiodła m.in. przez: Malbork, Tczew, Starogard, Wałcz, Gorzów Wielkopolski, Frankfurt n. Odrą i dalej do Drezna. Dla oficerów, którzy nie mieli pieniędzy na pokrycie kosztów podróży wyznaczono punkty zborne w Tczewie i  Starogardzie, gdzie otrzymywali zaopatrzenie na podróż. W dniach od 20. do 31 grudnia 1831 roku wysyłano ich w kolumnach po 50-100 osób. 
Jeszcze w grudniu 1831 roku do wymarszu z Prus miało przystąpić około 10 000 internowanych powstańców. Wyznaczono trzy punkty zborne: dla kawalerii okolice Tczewa, dla piechoty rejon Malborka i Dzierzgonia, a dla artylerii powiat elbląski. Ustalono też kierunki marszu powrotnego do Królestwa Polskiego: z Tczewa przez Gardeję do Golubia-Dobrzynia; z Malborka przez Prabuty do Osieka pod Rypinem; z Dzierzgonia przez Susz, Iławę, Nowe Miasto n. Drwęcą do Górzna; wreszcie z Elbląga przez Pasłęk, Ostródę, Działdowo do Mławy.
W dniach 14 i 15 grudnia 1831 roku liczne oddziały powstańców wyruszyły z Elbląga ku granicy Prus i po dojściu do Mławy zostały przekazane władzom rosyjskim. W dniu 1 stycznia 1832 z Gronowa poprowadzono do Dzierzgonia grupę 700 powstańców. 
Jednak nie obyło się bez incydentów. W dniu 22 grudnia, pod pretekstem przekwaterowania, zebrano w Elblągu na Friedrich-Wilhelm-Platz  dużą grupę powstańców, którzy byli zakwaterowani w okolicznych wsiach elbląskich. Następnie poprowadzono ich pod eskortą do Gronowa skąd mieli się udać w dalszą drogę do granicy Prus. Ponad 400 powstańców odmówiło dalszego marszu i wróciło do Elbląga, gdzie doszło do zamieszek. Na bezbronnych powstańców uderzył pułk huzarów tratując ich końmi i rąbiąc szablami. Raniono wówczas 5 żołnierzy i 2 podoficerów i poturbowano wielu powstańców. Według niektórych relacji  miano użyć w tym starciu broni palnej, co mogło być prawdą, gdyż w dniu 29 listopada 1831 roku gen. von Krafft wydał dla podkomendnych instrukcję, w której nakazywał użycie broni w wypadku stawiania oporu przez internowanych powstańców. Nazajutrz 2/3 powstańców "dobrowolnie", a pozostali z tej grupy po perswazjach kierującego akcją reewakuacji majora Augusta Henryka Brandta udali się w drogę ku granicy rosyjskiej. 
        




       Porucznik Aleksander Ekielski  opisał tamte wydarzenie w swoim pamiętniku pt."Podróż z Elbląga do Awinionu":

[...] Do dnia 23 grudnia 1831 roku przesiedziałem w Elblągu, bo mając przy końcu kwaterę w Damerau [Dąbrowa] prawie nigdy w niej nie nocowałem. Miałem sobie powierzone dowództwo 4 baterii lekkokonnej, która się tam koncentrowała, noc w noc musiałem jeździć do moich żołnierzy, gdyż inaczej Prusacy ciągle za mną śledzili. Nie pozwalano mi rozmawiać z żołnierzami, których rząd pruski chciał bez wyjątku oddać strasznemu władcy Rosji pod tyranię i zemstę. [...]Znali te łaski żołnierze polscy, odmówili wprost powrotu do kraju.[...] W oczach moich ranili huzary pruskie pięciu żołnierzy i dwóch podoficerów artylerii, tratując ich końmi i rąbiąc szablami bezbronnych."


W dniu 27 stycznia 1832 roku, na polecenie majora von Schwejkowskiego , zebrano w Fiszewie ( podoficerów i żołnierzy polskich  zakwaterowanych w okolicznych wsiach. Wydzielono grupę kilkunastu internowanych z 3. pułku strzelców konnych, którym pozwolono wrócić do dotychczasowych kwater. Natomiast pozostałym około 200 osobom rozkazano wymarsz na nowe kwatery bliżej granicy rosyjskiej. Powstańcy zdecydowali nie ruszać się z miejsca obawiając się carskich represji i zsyłek na Syberię. Podobnie jak wcześniej w Elblągu duża ich część domagała się wydania im paszportów umożliwiających emigrację do Francji. Mały oddział pruski wyznaczony do eskortowania internowanych pod dowództwem kapitana Richtera nie zdołał opanować sytuacji. Powstańcy poturbowali polskiego oficera, który namawiał ich do powrotu i próbowali iść w kierunku Malborka, aby tam uzyskać zgodę na marsz do Francji . W pobliżu fiszewskiego kościoła maszerującym Polakom zastąpił drogę oddział  kapitana Richtera, na którego rozkaz do napierającej grupy oddano salwę. Poległo wówczas 8 powstańców, a 12 zostało ciężko rannych - jeden powstaniec na skutek odniesionych ran zmarł  w szpitalu. Jeszcze tego samego dnia władze pruskie skierowały z Elbląga do Fiszewa kompanię piechoty i oddział 40 huzarów, w celu zmuszenia powstańców do marszu w stronę prusko-rosyjskiej granicy.



Według relacji pułkownika Feliksa Breańskiego:

"[...] Podoficer Kotarski z pułku 3 strzelców konnych zbliżył się sam do oficera pruskiego z zapytaniem, czyli będą mieli wolne przejście do Malborka, za co schwytany i kolbami w tył zapchany został. Oddział zaś jego i cała jazda [bez koni] z wolna postępując, skoro się o kilkanaście kroków od oddziału pruskiego zbliżyło, zostało powitane ogniem ręcznej broni. [...], reszta byłaby się zapewne rzuciła na oddział pruski, gdyby ich podoficerowie nie byli wstrzymali, rozproszyli się więc i przybyli pod Malbork, gdzie stanowszy koczować chcieli, lecz na przełożenie komendanta tego miasta, majora Załuskiego weszli do miasta i w tutejszym zamku są osadzeni [...] Gdyby Wodza [gen. Rybiński] dochodziły jakieś wieści o nadużyciach naszych żołnierzy, to wszystkie są fałszywe albowiem byli bezbronni, nawet jeżeli który miał kij, takowy z rozkazu porzucił i żaden z żołnierzy pruskich nie tylko, że nie ranny, ale najmniejszej nie doznał obelgi. Jeden tylko z oficerów polskich, który ich groźbami i wymową chciał nakłonić do powrotu do kraju, otrzymał chłostę."

       

Ludomir Gadon zapisał po latach: 
Na dzień 27 stycznia major pruski Szwejkowski, dla formowania listy skompromitowanych, zwołał do Fischau żołnierzy naszych z jazdy, w okolicy rozłożonych. Wyłączywszy pewną niewielką liczbę jako skompromitowanych, reszcie nakazał marsz na nowe leże, ale w kierunku zbliżającym ich do granicy. Żołnierze podejrzewając w ten zamiar wydania ich Rosji, głośno oparli się; rzucili się na pewnego oficera polskiego, który ich nakłaniał do powrotu, wołali, ze żądają paszportów do Francji i że pójdą tylko w kierunku przeciwnym ku Malborkowi. Perswazje żadne nie pomogły. Znajdujący się tam szczupły oddział pruski stanął im w poprzek drogi, a kiedy z krzykiem i wywijając kijami na kilkanaście kroków do niego się podsunęli, dał ognia do kupy. Ośm ofiar legło na miejscu, kilkunastu padło rannych. Pozostałych to jednak nie zawróciło; powstrzymani przez podoficerów od rzucenia sie na Prusaków, rozprószywszy się ruszyli dalej i z innymi żołnierzami, co nadbiegli z sąsiednich kwater, w liczbie kilkuset przybyli pod Malbork. Zatrwożyło to mieszkańców, którzy mogli obawiać się pomsty od wzburzonych. Komenderujący tam, mając tylko bardzo szczupłą załogę pruską, wezwał wtedy do pomocy pułkownika Breańskiego. Ten, wyszedł do nich, znalazł ich na polu, w porządku, bez żadnych złych zamiarów, tylko stanowczo odrzucających amnestie. Na głos od swojego, odpowiedzieli uległością i spokojnie weszli do miasta. Umieszczeni tam, tymczasowo w dawnym zamku krzyżackim, po kilku dniach poszli na nowe kwatery”.
       Przebywający na emigracji w Paryżu Mickiewicz napisał  w grudniu 1832 roku

       "Przez męczeństwo żołnierzy zamordowanych w Fischau przez Prusaków, Wybaw nas, Panie."        

W Fiszewie zabito powstańców:  Ciborowskiego , Grabowskiego, Jancewicza, Małachowskiego, PietrasaŁubińskiegoSierzpichowskiego i Wądołowskiego.  Na południowo-zachodnim krańcu wsi, tuż przy drodze do Starego Pola, znajduje się kopiec obsadzony ośmioma lipami, gdzie miano, jak głosi ustna tradycja, pochować ich we wspólnej mogile. W 1975 roku umieszczono tam obelisk z napisem: "Gloria Victis w hołdzie żołnierzom Powstania Listopadowego poległym w Fiszewie w 1832 roku – w XXX rocznicę wyzwolenia ziemi elbląskiej – społeczeństwo miasta i powiatu elbląskiego"



Wiadomość o ataku Prusaków na bezbronnych internowanych szybko obiegła całą Europę, wywołując wszędzie duże oburzenie. Niemieckie gazety za wypadki elbląskie i fiszewskie obciążały powstańców. Zatargi do których doszło także w innych miejscowościach rejonu Elbląga, Malborka i Tczewa, usiłowano objaśniać niekarnością, nieposłuszeństwem i brakiem u internowanych Polaków szacunku dla ustalonego przez władze pruskie porządku. 
Naczelny Wódz gen. Maciej Rybiński jako jeden z ostatnich opuścił  Elbląg 10 lutego 1832 roku i udał się do Paryża, gdzie zakończył działalność wojskową. Na terenie Elbląga pozostało na stałe około 50 powstańców, wzmacniając nieliczną grupę z dawna osiadłej tu ludności polskiego pochodzenia. Ostatni powstańcy kierowani ku granicy rosyjskiej opuścili Prusy do końca czerwca 1832 roku. Żołnierzy polskich, których oporu przed powrotem w granice zaboru rosyjskiego nie udało się złamać, skazano na ciężkie roboty przy fortyfikacjach w Gdańsku i Grudziądzu, gdzie pracowali do jesieni 1833 roku. Na skutek nacisku europejskiej opinii publicznej wojskowe władze pruskie zdecydowały się odesłać ich do Ameryki. Grupę około 600 osób załadowano na trzy statki: "Elisabeth", "Union" i "Marianne". Ze względu na złe warunki żeglugowe statki musiały zawinąć do różnych portów europejskich. Powstańcy z dwóch pierwszych statków przyjęli służbę w Legii Cudzoziemskiej w Algierii, a powstańcy z trzeciego statku postanowili pozostać w Anglii.



       W 1863 roku Prusy udzieliły Rosji wsparcia w tłumieniu powstania styczniowego.  

 

sobota, 20 lutego 2016

Przemówienie Jana Bażyńskiego do Kazimierza IV Jagiellończyka według Schütza.

Schütz C., Historia Rerum Prussicarum. Tekst niemiecki z wydania gdańskiego 1594, str. 198—200.

Kraków, po 20 lutego, przed 6 marca 1454. Jan Bażyński w imieniu ludności Prus poddaje się wraz z całym krajem Kazimierzowi Jagiellończykowi, królowi polskiemu.

Najjaśniejszy, najpotężniejszy, najłaskawszy królu!
 
Ziemie i  miasta Związku Pruskiego  wysyłają nas do W. K. M. jako do chrześcijańskiego pana i króla, by ich niniejszą sprawę oraz ciężki ucisk W. K. M. przedłożyć oraz sposobem najpoddańszym prosić o radę, pomoc i poparcie, ile można by uzyskać. Przypomina sobie bowiem W. K. M., że wiele z ziem pruskich, jak szczególnie pomorska, michałowska i chełmińska ziemia, przez długie lata należały do przodków W. K. M. i przez nich były rządzone chwalebnie i przy wszelkiej pomyślności. W czasie jednak, gdy dzicy Prusacy i pogańskie ludy Natangów, Sudawów, Żmudzinów, Litwinów i ich sąsiadów nas, jako- nad granicami siedzących ludzi, napadały często i wiele i prawie że wyniszczyły wówczas to zostali przez   W. K. M. przodków sprowadzeni panowie zakonni albo Krzyżacy, jako mający wojować z wrogami chrześcijaństwa i którzy to w tym właśnie celu swój Zakon ustanowili, i została im ziemia chełmińska pod szczególnym warunkiem nadana, by Prusaków wypędzili i ziemię zajęli, przy czym my, jako wierni poddani, krwią i mieniem chętnie udzielaliśmy pomocy i czyniliśmy tak ponad 50 lat,  zanim ich mogliśmy pokonać. Za to dał nam w. m. Herman v. Salza i Eberhardt v. Sene rozległy przywilej, wolność i swobodę jako wynagrodzenie za nasze szkody i myśleliśmy, że odtąd w pokoju i rozbudowie kraju żyć będziemy. Ale jak zwyczajnie jest z chciwymi, że im więcej który ma, tym więcej chce mieć, nie poprzestał na tym Zakon, lecz zagarnął dla siebie z pomocą dziwnych praktyk ziemię pomorską od synów Świętopełka a ziemię michałowską od ks. Leszka z Kujaw, a także napastował ziemię litewską, która przedtem była pogańska; to jednak Jagiełło, ojciec W. K. M., gdy jako król w Polsce był koronowany, doprowadził ją do wiary Chrystusowej, i dlatego powinna była być słusznie potem pozostawiona przez Zakon w pokoju. Jednak my, biedni ludzie, byliśmy zmuszeni mimo to wyprawiać się i wojnę prowadzić również przeciw naszym własnym przyjaciołom i jednej wiary wyznawcom, przeciw Polakom i Litwinom, waszym przodkom chwalebnej pamięci, a co my przecież bardzo niechętnie i przeciw naszym wolnościom i uchwałom na zjazdach czyniliśmy. Tak więc Zakon, u którego nie było nigdy słusznego ani chrześcijańskiego porządku, przez cały czas swoją potęgę i przygotowania wojenne zamiast na wrogów imienia Chrystusowego obracał przeciw własnym swym lennym panom i naszej pomocy do tego nadużywał; na tym wszakże jeszcze nie poprzestając, gdy my sądziliśmy, że na mocy naszego chełmińskiego przywileju będziemy wolni od wszelkich ceł i obciążeń w kraju, — Zakon nałożył na nas różne nowe cła, opodatkowania i obciążenia, pogorszył nam monetę, miarę na łokciu i wadze skrócił, na dobytku i dobrach nas osłabiał i w ogóle stosował wobec nas różną samowolę i zachłanność, a przecież nie przyjęli oni nas jako poddanych po to, by nas uciskać i wyniszczać, lecz by utrzymać nas przy nadanych i ślubem zatwierdzonych wolnościach i prawach. Ostatnio, i to jest najgorsze, i — [z powodu czego] królestwa, ziemie i ludzie przechodzą spod jednego pana pod drugiego — popełnili wiele niesprawiedliwości w kraju, nikt sprawiedliwości nie przestrzegał, tyrania ponad miarę się rozwielmożniła, tak, że ilu dostojników kraju było, -tylu mieliśmy znosić wielkich mistrzów i panów. Rozpusta natomiast, łajdactwo i sromota była między nimi tak wielka i powszechna, że nie przystoi o tym mówić, a Bóg w niebie, aniołowie Jego i wszyscy święci z tego powodu odczuwają odrazę; nasze żony, dzieci i czeladź pohańbili i pogwałcili, naszych przyjaciół, rodziców i dzieci, braci i krewnych ze szlachty i miast mordowali, bez jakiegokolwiek wyroku i prawa, w niesłychany sposób, bez jakiejkolwiek przewiny, jedynie na skutek ich własnej samowoli, tak we dnie jak w nocy; pokryjomu i otwarcie dali im gnić w wieży, ścinali i topili; za to nikt nie był w stanie uzyskać sprawiedliwości, jak my to wszystko i jeszcze wiele więcej in specie i każdą rzecz osobno W. K. M. obszerniej możemy przedstawić i na piśmie, jak to było, udowodnić. Po to, aby temu wszystkiemu zapobiec i uwolnić się od takiej nadmiernej tyranii Bogu na chwałę i krajowi na pożytek i by się przy tym nie uchylić nigdy od słusznego i obowiązkowego posłuszeństwa naszym panom, zmuszeni byliśmy zawiązać między sobą związek i zjednoczenie w r. 1440, by przeciwstawić się nieprawości, gwałtom i chciwości, hańbie i niemoralności i jeden drugiego wspierać w sprawiedliwej sprawie, i sobie pomagać. Ten związek aprobował w. mistrz Paweł Russdorf z niektórymi swoimi dostojnikami. Ale Konrad v. Erlichshausen, jego następca, i obecny Ludwik v. Erlichshausen chciał tego związku się pozbyć, choćby kraj cały miał z tego powodu zniszczeć. On oskarżył nas przed papieżem na czci i dobrej sławie, on ogłosił nas za kacerzy, zdrajców, rebeliantów i odstępców. My zjawiliśmy się przed majestatem cesarskim i oczyściliśmy się ze wszelkich tych zarzutów, lecz cesarz, który przedtem związek nasz zaaprobował i zatwierdził, uchylił go znowu, by dogodzić Zakonowi; nie był on naszym sędzią, a mimo to wydał na nas wysoce obciążający wyrok. Nie zważał on na sprawiedliwość, tylko na korzyść Zakonu, dlatego nie mogliśmy już tak dalej [znosić tego], tylko musieliśmy powierzyć się Bogu i z potrzeby cnotę czynić oraz pomagać jeden drugiemu dla dopomożenia związkowi, gwałt gwałtem odpierać i nie mogliśmy tyranów uznać za prawowitą zwierzchność, lecz wypowiedzieliśmy nasze przysięgi, obowiązki i posłuszeństwo; zdobyliśmy także większość zamków i miast i prawie cały kraj wzięliśmy w moc swoją; i jeślibyśmy się z tej tyranii wyrwać nie mogli, czego z pomocą Bożą mamy nadzieję dokonać, to chcemy wszyscy raczej raz śmierć obrać, niż tak przez całe życie pozostawać w sromotnej służebności i w ucisku przemocy z naszymi żonami, dziećmi i przyjaciółmi, oraz na ciele i majątku ponosić krzywdę. Ponieważ jednak, potężny, łaskawy Królu, poddani nie mogą być pozbawieni zwierzchności,t ak samo jak ziemia słońca, przeto nasza starszyzna posłała nas przed Wasz majestat królewski — o ile W. K. M. przy naszym prawie chełmińskim i dla każdego właściwym: lubeckim albo pruskim prawie nas zachować raczy, przy naszych przywilejach, starych wolnościach i prawach, chwalebnych zwyczajach i z szczególnymi W. K. M. warunkami, mianowicie: by zburzone zamki pozostały wieczyście na pamiątkę zwalone i nie były znowu odbudowane, następnie, aby, co każdy poszczególny pan czy miasto własnym kosztem uzyskały, czy zdobyły, to dla siebie zachowały i ile by było tego rodzaju więcej warunków — aby w nich i przy tym [W. K. M.] nas w tym osłaniać, utrzymać, bronić chciała — abyśmy W. K. M., jako staremu dziedzicowi, a teraz na nowo wybranej zwierzchności, dobrowolnie i bez wszelkiego przymusu się poddali a zdobyte zamki i miasta przekazali. Rzecz taka będzie z korzyścią dla W. K. M., jak również chwalebną i sławną, pierwsza bowiem korzyść, którą W. K. M. stąd mieć może, to pomnożenie i poszerzenie Waszego kraju i powiększenie państwa, tak że dla wrogów Waszych tym większym będziecie postrachem, dalej, że W. K. M., będąc dotąd w ciągu dwustu lat w wojnie i przeciwieństwach, teraz przez to do wiecznego i trwałego pokoju dojść będzie mogła; po trzecie, ponieważ Zakon teraz po równo Waszym i naszym jest wrogiem, będzie mógł teraz tym łatwiej i wygodniej być przepędzonym; ze sławą będzie to też dla W. K. M., że się ujęła za nami jako za uciśnionymi w słusznych i sprawiedliwych rzeczach; nadto zasłuży sobie W. K. M. wieczną wdzięczność ze strony naszej i naszych wszystkich i uczyni nas sobie gotowych do wszelkiej uległości i powolności, tak że my W. K. M. teraz i nigdy nie opuścimy. Gdyby jednak ktoś chciał rzec, że nie należy gasić, skoro pożaru nie ma, to przypomni sobie W. K. M. stare przysłowie, że jeśli u sąsiada się pali, to jest właśnie czas, by się brać do gaszenia; jeśli Zakon nie dotrzymał nam naszych przywilejów i przysiąg, które był złożył, to nie dotrzyma również W. K. M. sąsiedzkiej przyjaźni i postanowionego pokoju, gdyby się bowiem chcieć powołać na pokój wieczysty z 1435 r., to ten panowie zakonni już często łamali i niszczyli; na soborze bowiem bazylejskim działali już przeciw niemu, nie chcieli zwracać dóbr zastawionych, zakazywali wolnego przejazdu do Krakowa a swoim poddanym wolnego handlu z Polakami; kazali ścinać mieszczan z Choszczna bezprawnie i mniej baczyli na zachowanie pokoju, niż na to, by w nieoczekiwanej chwili nową wojnę rozpocząć; gdyby zaś chciano powiedzieć, że W. K. M. przywłaszcza sobie ziemie obcych panów, albo komu chce wziąć to, co jest jego, to tego nie można ze słusznością powiedzieć, ziemie te bowiem wracają znowu do W. K. M. jako do swego starego dziedzica, od którego zostały oderwane częściowo podstępem, częściowo przemocą. A ponieważ zostały wyrwane siłą i prawem wojny przez nas a nie przez W. K. M., i teraz dobrowolnie W. K. M. zostają zaofiarowane, to może W. K. M. nimi zaopiekować się jak własnymi ziemiami sprawiedliwie i słusznie i strzec ich odtąd i chronić, oraz jako dziedzic mieć za własne; za to ziemie i miasta będą winne zasłużyć sobie wobec W. K. M. i przy boku W. K. M. ochoczo życie [ciało], dobro i krew swoje nadstawiać. W wypadku jednak gdyby W. K. M. nie zechciała przyjąć ich jako poddanych, to proszą oni i stronie przeciwnej nie udzielać żadnej pomocy i poparcia, albowiem nie chcą oni teraz i nigdy więcej rządom Zakonu się poddawać i raczej wszyscy mają postanowienie, jak już wyżej wspomniano, raz uczciwie umrzeć za swe wolności i prawa, niżeli dzień w dzień widzieć przed sobą haniebną i sromotną śmierć, znosić gwałty tyrańskie, dać hańbić żony i dzieci i zezwolić na wszelaką samowolę nad sobą i swoimi bliskimi.




wtorek, 16 lutego 2016

Szaleniec na Żuławach.

Szaleniec.
Zwiedzając Żuławy, niedaleko Elbląga, na drogach przecinających dawny basen rozlewiska Druzno, napotkać można taki oto drogowskaz:
12 km do Szaleńca.
Trzeba przyznać, że jest to dość nietypowa nazwa wsi, nawet jak na Żuławy, gdzie spotyka się tak dużo nazw polskich bazujących na nazwach niemieckich lub niemieckojęzycznych. Z Szaleńcem jest w zasadzie podobnie. Pierwotna nazwa brzmiała Thorichte Hof co tłumaczy się jako Szalony Dziedziniec lub, co mnie się bardziej podoba - Szalony Dwór. Jakie jest pochodzenie nazwy? W  Świeciu,  od 1426 roku, przy konwencie na zamku krzyżackim zajmowano się umysłowo chorymi, prawdopodobnie współbraćmi Zakonu. Przybytek ten nazwany został nie inaczej jak: Thorichte Hof. 
Szaleniec założony został znacznie wcześniej bo w 1360 roku przez Krzyżaków jako folwark komturii dzierzgońskiej. Dopiero od 1465 roku przypisany zostaje do ekonomii malborskiej. Nazwa obowiązująca od początku istnienia wsi sugeruje, że też i tutaj opiekowano się lub izolowano obłąkanych. Nasuwa się pytanie jak byli postrzegani owi niespełna rozumu jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w średniowieczu bardzo często ludzi chorych psychicznie podejrzewano o opętanie ? 
W dokumentach źródłowych Szaleniec uchwytny już jest w krzyżackich "Das Marienburger Konventsbuch der Jahre 1399-1412" i "Das Marienburger Tresslerbuch der Jahre 1399-1409":
Est praeterea aliud praedium, quod pristinis temporibus mi-litare et hereditarium fuerat Sparnhoff nuncupatum. Quod li-mitibus villarum Rishaw et Praiisskonigsdorff ex uno et flumini maiori Trzynna ab altera partibus est contiguum atque praenominatis limitibus interiacet quo arx et praedium Thorichtshoff in pratis et foeno quotannis utitur.
            Villa Fischaw
            Item a pascuis 15 mar, solvit. Item 1 tonnam crrevisiae. Item 10 capecias ovorum. Item arant 10 iugera                                        in S z a l o n y Dwor.


 przy okazji spisu innych majątków przynależnych do Malborka, z którymi graniczył. Więcej informacji odnaleźć można w spisach sporządzanych dla ekonomi malborskiej np.: w 1607 roku.
Naprzód budowanie. Dom wielki, sień, w sieni po lewej stronie izba drzewiana pusto stoi i sama bardzo zła, nie masz w niej pieca ani okien i ław nie masz. Z tej izby komora też pusta, drzwi komorne, zawiasy, skobel i wrzeciądz (rodzaj metalowego zamknięcia) . Na przeciwko tej izbie izdebka mała, okien w niej dwie szklanych w ołów oprawnych, w jednem oknie dwu szyb nie dostaje, lawy 2, piecek mały, prostych kaflów 3(prawdopodobnie chodzi o miejsca do przyrządzania potraw ), drzwi na zawiasach, skobel i wrzeciądz. Podle tej izdebki w tejże sieni spiżarnia, w tej spiżami skrzynia wielka do sypowania mąki, drzwi na zawiasach, [z] skoblem i wrzeciądzem, z kłotką. Z tej sieni na górę wschód, sala wielka, po prawej stronie sali wszedwszy, izba, piec zielony dobry, w oknach błon tylko 2 bez jednej kwatery, ławy 2, stół. Z tej izby komora, drzwi oboje na zawiasach, u nich skoble i wrzeciądze. Na przeciwko tej izbie kownata z kominem, tamże z niej druga komora, w tej komorze błona 1, stół i lawa 1, u tych obojga drzwi, zawiasy, skoble i wrzeciądze W tymże domu na dole piwnica sklepiona, drzwi na zawiasach, [z] skoblą, wrzeciądzem i z kłotką. Ten dom, krom izby dolnej, w drzewo jegłą murowany, dach na niem dachówką położony bardzo zły. 
Drugi dom: sień, w tej sieni kuchnia wielka i komin wielki murowany. Tamże przy tej kuchni izdebka, gdzie urzędnik mieszka, błon 2 szklanych w ołów oprawnych, piec zły, prosty, tamże komin murowany, ława 1, szafa, stół drzwi na zawiasach, skoble i wrzeciądze. Podle tej kuchni komora, w tej komorze piec do pieczenia chleba już zły. Ten dom w cegłę murowany, dachówką złą nakryty. drzwi u nich na zawiasach, z wrzeciądzem i skoblami. Tamże przed temi domy domeczek dla kurów sadzenia, w nim izdebka zła, z izdebki komora, nie masz ław ani stołu, ani błon. W sieni komin murowany, drzwi sienne z skoblem i wrzeciądzem, tamże domek dachówką nakryty już bardzo złą. Jeszcze na tymże podwórzu stajenka z drzewa wiązana, w niej żłobów 2, na tej stajence siana z kilka wozów, dach na niej trzciniany zły. Tamże w tym podwórzu spichlerz bardzo niedobry, też w drzewo cegłą wiązany, potrzebuje prędkiego ratunku, bo się bardzo pochylił obalić, dach na tern spichlerzu trzciniany zły. Pod tymże spichlerzem jest schowanie dla statków polnych; wrót ani zaparcia żadnego nie masz.
Naczynie gospodarskie 
Kocieł miedziany o 2 cebrach, już dziurawy 1, kociełków dobrych o 2 bęmborkach 2, kociełki małe stare 2, kocieł prawie zły o 2 bęmborkach 1, żelazo, co kotły w kominie wieszają 1, rożenki małe 2. cedzidło 1, dryfus 1, cęgi co do ognia poprawiania 1, rost 1.

Statki drzewiane 
Kapusty kwaśnej fas 3, kłody stare z uszyma 2, puterwaski do masła 2, koryto niedobre do masła 1. kopani 2, balii 2, bęmborków dobrych 5. do gomółek prasa 1, koryto wielkie do Chleba 1.

Naczynie rolne 
Wozów do roboty bez trarynków 2, wag okowanych 5, pługów 6, haków 4, kiet do pługów 6. lemieszów 7, krojów 7, osęk żelaznych 6. bron 4 bez 10 cynków, sthagi 2. kosa do sieczki 1, grzebie-niów do młyna sieczkowego 3, od tegoż młyna kij zakowany 1, sierpów 21, siodeł robotnych bardzo złych 5.

Szopy 
Pirwsza szopa w drzewo wiązana już siara dach na niej trzciną poszyty, prawie zły. w tej szopie żłobów 4,

Stodoły 
Pirwsza stodoła o 2 klepiskach, sama z drzewa wiązana, wrota u niej dwoje, u tych wrót kuny żelazne, dach na niej słomiany, miejscami niedobry. Druga stodoła o 3 klepiskach, wrota u niej czwóry, w każdych kuny żelazne, sama w drzewo wiązana, dach na niej trzciniany bardzo miejscami niedobry, u jednych wrót tylko kłotka; przy tej stodole są 4 obzajty, w których siła dylów nie dostaje, są w niej żłoby i drabiny.

W temże folwarku [bydło] wszystko opisane 
Krów do pożytku średnie dobrych 12, wołów’ robotnych 6, byk 1, wołków dwuletnich 4, wołków łońskich 3. jaiowiczka roczna l-'. owiec starych 117, gęsi 39, kokoszy 27.

Konie 
Walaszków robotnych prawie złych 4. 
Zasiewek na zimę tego folwarku 
Zyta łas7t.. 2. kor 45. pszenice taszt. 3 kor. 26. 
Tamże przy tem folwarku zagrodników 11. 
Tamże i karczma i kowal 1.

Obecnie nie ma w zasadzie śladu po tym folwarku a jedyny dom podcieniowy, który się uchował i tak został rozebrany.
Ciekawych innych opisów folwarku odsyłam do "Źródła do dziejów ekonomii malborskiej. T. 1-5" wydawanych w latach 1951-1971 przez Towarzystwo Naukowe w Toruniu. 

Folwark Szaleniec, który  wydzierżawiony został w 1726 r. i uposażony w 19 włók 16 mórg i 150 prętów powierzchni wykształcił się w wieś o 9 gospodarstwach, a jedno z nich, na początki XX wieku zmieniło się w niewielki majątek. Dzierżawa z 1726 roku udzielona została na prawie emfiteutycznym co oznacza, że dzierżawobiorcami byli osadnicy - "olędrzy". W 1727 r. mieszkało tu 11 mennonitów.
Pruski spis ludności z roku 1776 wymienia nastepujące nazwiska mieszkańców wsi : Dau, Dircksen, Dick, Fisch, Funck, Gruntu, Jantzen, Kaettler, Kasper (Casper), Martens, Penner, Siebert.


W 1820 wieś liczyła 124 mieszkańców w tym 38 mennonitów. 

W 1868 r. petycje w sprawie służby wojskowej podpisali Cornelsen, Klaassen, Penner, Frőse, Heinrich Funk i C. Funk, C. Schmidt.

W 1936 r. mieszkały tu rodziny Dyck, Driedger, Friesen, Jungius, Wiehler.
Mennonici, którzy byli mieszkańcami Szaleńca (Thörichthof) należeli do grupy wyznaniowej Thiensdorf- Markushof. (Jezioro-Markusy)

Cmentarz

Cmentarz założony został w końcu  XVIIIw. po wschodniej stronie drogi na planie zbliżonym do kwadratu. Do dzisiejszych czasów przetrwało 13 steli: 
  • najstarszy zachowany nagrobek z 1806r Hermana Pennera, 
  • Anny i Franza Cornelsena z 1811r.,
  • Franza Cornelsena z 1848,
  • Susany Lopp z 1852,
  • Jacoba Quiringa z 1861r., 
  • Johana Quiringa z 1863r,
  • Anny Claasen z 1865r,
  • Barbary Martins z 1866 
  • Sary Jansen z 1869r., 
  • Anny Claassen z 1890, 
  • Isaaka Klaasen z 1895r.

 Zachowało się również 26 obramowań grobów (pojedynczych, podwójnych i dziecięcych).














sobota, 6 lutego 2016

Mowa Jana Bażyńskiego według Długosza. Bażyński, w imieniu ludności Prus poddaje się władzy Kazimierza Jagiellończyka.

Kraków, 20 lutego 1454. Długosz, Historia. V, 156-158, tłum. K. Mecherzyński, Dzieje, 145-141, skracając nieco.

We środę przed dniem katedry św. Piotra przybyli do Krakowa w licznym gronie posłowie szlachty i miast pruskich, a gdy ich do króla przyprowadzono, rycerz Jan Bayssen wobec majestatu królewskiego i przytomnych panów koronnych opowiedział swoje poselstwo tymi słowy: 

„Nie tajno, miłościwy królu, tobie i twojej radzie, a podobno i narodom sąsiednim, ile krzywd i niegodziwości, ile zniewag i sromoty naddziadowie i ojcowie nasi, a na koniec my sami wycierpieliśmy od mistrza i Zakonu Pruskiego. Z wielu przykładów niektóre tu tylko przytoczymy, aby z nich brać można miarę, jak wielkie były ich nadużycia, a jaka z naszej strony cierpliwość. Najpierwej rzeczony mistrz i zakon, złamawszy poprzysieżoną przyjaźń i wiarę, ziemię pomorską niesłusznie i niegodziwie od Królestwa Polskiego oderwali. Potem, pogwałciwszy przymierze zawarte z królem polskim Kazimierzem, powodowani jedynie żądzą łakomą zagarnienia innych krajów twego królestwa, podnieśli oręż przeciw Polsce i naprzód dobrzyńską, a polem kujawską ziemię usiłowali sobie przywłaszczyć. Ale pokonani i wielką od ojca twego przyciśnieni klęską, zmuszeni przy tym ustąpić mu, z wyjątkiem malej tylko liczby, zamków miast pruskich, z łaski ojca twego odnowili dawne przymierze i odzyskali swoje zamki i miasta, zapłaciwszy jednak za karę sto tysięcy kóp szerokich groszy, i utraciwszy nieszawski zamek z powiatem. Gdy wkrótce potem przymierze to pogwałcili, ojciec twój Władysław przymusił ich orężem prosić o pokój. Lecz nie mogli go długo utrzymać, związawszy się bowiem z nieprzyjacielem królestwa i ojca twego Bolesławem Świdrygiełłą, zerwali mir świeżo zawarty; a kiedy ojciec twój zajęty był wojną z rzeczonym Świdrygiełłą, ziemię dobrzyńskąi kujawską po nieprzyjacielsku ogniem spustoszyli. Gdy zaś i wtedy przestępstwo swoje ciężką przepłacili kieską, i gdy zwycięskie twoje wojsko ziemie ich nawiedziło mieczem i pożogą, uznali nad sobą Boga, mściciela krzywd i przeniewierstwa, i po raz czwarty zawarli nowe, przysięgą utwierdzone przymierze, które przecież gdyby nie opór silny z naszej strony, byliby rychlej jeszcze niż poprzednio złamali. W ciągu zaś tyloletnich, z królestwem twoim prowadzonych wojen, ile potraciliśmy krewnych, dzieci, przyjaciół, ile nam popalono miast znakomitych, poniszczono włości, pogwałcono żon naszych i córek, porozrywano majątków, ślady świeże i skargi uciśnionych głośno poświadczają. Ale nad te wszystkie kieski więcej nas jesacze to dotykało, żeśmy byli zmuszeni do łamania sojuszów i prowadzenia wojen, tym przykrzejszych dla nas, że tak niesprawiedliwych; żeśmy musieli nastawiać nasze głowy za nieprawość mistrza i Krzyżaków, którzy nigdy szczerze z nami się nie znosili, a zamknąwszy się sami w warownych twierdzach, woleli raczej widzami być naszych klęsk niżeli obrońcami. Wśród tylu zaś i tak wielkich nieszczęść, jeżeli kiedy brakło nieprzyjaciela zewnątrz, większy za to wewnątrz kraju występował. Komturowie i posiadacze zamków nie sromali się, 
bez przeprowadzania sprawy, bez złożenia sądu, zabierać nam dobra i majątki, żony w oczach mężów i córki wobec rodziców porywać, na pastwę swoich lubieżnych chuci. A tym, którzy się na takie krzywdy uskarżali, miasto wymierzenia sprawiedliwości, zdejmowano głowy albo wydzierano mienie. Przyciśnieni tak wielką niedolą, uczyniliśmy wszyscy między sobą związek, abyśmy się od tylu cierpień zasłonić mogli. Ten związek jako słuszny i ze wszech miar sprawiedliwy dwaj mistrzowie Paweł i Konrad nie tylko cierpliwie znosili, ale nawet upoważnili. Lecz gdy go teraźniejszy mistrz Ludwik, pokątnymi i przewrotnymi wiedziony namowy, usiłował rozerwać i zniweczyć, a sprawa nasza wyniesiona została przed sąd Fryderyka cesarza rzymskiego, rzeczony cesarz, odrzuciwszy najsłuszniejsze i jawnie za nami mówiące dowody, a na większe nieszczęście nasze zniósłszy i unieważniwszy wyrokiem swoim nasz związek skazał nas na sześćkroć sto tysięcy złotych kary i na wieczne poddaństwo mistrzowi i zakonowi, jakobyśmy  od nich za pieniądze jak niewolnicy kupieni byli. Taki otrzymawszy wyrok, zaraz pogrozili nam srogą zemstą. Nie zwłaczali jej równie pełnomocnicy mistrza i zakonu, nalegając, aby trzechset spomiędzy nas śmiercią ukarano. Ten więc wyrok cesarza, tak niesłuszny i tyrański, spowodował nas do wypowiedzenia posłuszeństwa Krzyżakom i podniesienia przeciw nim oręża, w przekonaniu, że nie tylko nam mężom, ale i kobietom największą grozi sromotą poddanie się w jarzmo tak nikczemnej podległości. I pobłogosławiła Opatrzność naszym przedsięwzięciom. W ciągu dni dwudziestu orężem naszym przeszło dwadzieścia zdobyliśmy zamków, jako to: Toruń Stary i Nowy, Gdańsk, Elbląg, Grudziądz, Lidzbark, Golub, Kowalewo, Gniew, Świecie, Papowo, Tucholę, Pasłęk, Królewiec. Radzyń, Pokarmin, Nibork (Nidzice), Przesmark, Morąg, Brodnicę, Chełmno, 
Działdowo, Ragnetę,  Ostródę, Bratian
które naszej uległy władzy. Gdy więc twoja Królewska Miłość, jak wszystkim wiadomo, i co sam mistrz i zakon jawnymi wyznali pismy, jesteś zakonu tego nadawcą, uposażycielem i dobroczyńcą, ziemie zaś pomorska, chełmińska i michałowska gwałtem przemocą zostały Królestwu Polskiemu wydarte, przeto udajemy się do Majestatu twego z prośbą, abyś nas raczył przyjąć za twoich i królestwa twego wieczystych poddanych i hołdowników, i wcielił do Królestwa Polskiego, od którego jesteśmy oderwani. Poddajemy się dobrowolnie i z posłuszeństwem pod twoją zwierzchność i rządy, poruczając ci siebie, żony, dzieci i rodziny nasze, oraz wszystkie miasta, wsie, zamki i miasteczka, bądź zdobyte przez nas, bądź zdobyć się kiedyś mające. Nie odrzucaj zatem próśb naszych, a przyjmij je razem od tych, których poselstwo sprawujemy. Albo tobie, jeżeli nas pod twą władzę przyjmiesz, albo nieprzyjaciołom, jeśli nami wzgardzisz, służyć będziemy. Że nas jednak nie odrzucisz, ręczą nam za to twoje cnoty i męstwo. Zdobywszy resztę zamków i zgładziwszy do szczętu nieprzyjaciela, co lada dzień twoja obiecuje dzielność i potęga, której dawną i obecną zawdzięczamy pomyślność, panować będziesz obszernie od Czarnego (Leońskiego) aż do zachodniego morza. Niechaj cię nie wstrzymuje przysięga i zawarte z Krzyżakami przymierze, którym i my, część większą stanowiący, objęci jesteśmy, kiedy je mistrz i zakon pogwałcili, już to skazując pod miecz obywateli miasta Choszczna, już wchodząc skrycie w umowy przeciw tobie i królestwu twemu z Litwinami. Nie sromili się Krzyżacy tylekroć to zdradą, to orężem ziemie twoje zagarniać i w swoim posiadaniu dzierżeć, chociaż papieże sami nieraz orzekali, że twoją i królestwa twego były własnością, i zmuszali wydzierców do ich zwrotu klątwami, na które oni zawsze odpowiadali z pogardą. Miałżebyś więc ty sobie za sromotę własne 
odbierać kraje i wracać do ich pierwotnej całości? Jest na te kraje rozciągnięta danina, którą królowie polscy książeciu Apostołów Piotrowi S. zawżdy opłacali (Świętopietrze): ta sama głośno świadczyć może, gdyby innych najoczywistszych nic było dowodów, że ziemie pomienione twoją są własnością. Wzrusz się naszymi prośbami l łzami; miej wzgląd nie tylko na nas, ale na tych, którzy wśród nadziei i obawy oczekują powrotu naszego, a z nim odpowiedzi, mającej im przynieść pociechę albo ciężką żałość."

Tu ze łzami padłszy na kolana u podwoi radnej izby, stwierdzali zewnętrzną pokorą hołd oświadczonej uległości i posłuszeństwa. Prośba ich dobrze była przyjęta, wszyscy życzliwie jej słuchali. Zaraz ludzie rozumni czynili wnioski, że Polacy w Prusach toczyć będą wojnę; przepowiadali ją zwłaszcza biegli w sztuce gwiaździarskiej wieszczkowie, którzy z ruchu ciał niebieskich wyczytywali wielkie między ludźmi waśnie, i wojnę pruską, tak straszną i niespodziewaną, mienili skutkiem samego gwiazd obrotu.
 Johannes (Hans) von Baysen herbu Bażeński. (Jan Bażyński)

wtorek, 2 lutego 2016

Stalewo. O domach podcieniowych i nie tylko. (zaktualizowane o zdjęcia cmentarza z lutego 2016)

Stalewo wcześniej znane było pod nazwą Stalle lub Stall. Pierwsze skojarzenia z nazwą mogą być jednak mylące, ponieważ słowo "stall" znaczy w niemieckim tyle co "stabilny". Cofając się do średniowiecza, do czasów przed założeniem wsi napotkać można wzmiankę o dworze obronnym założonym w tym miejscu przez Krzyżaków. Istniał on już w 1330, ponieważ właśnie z tego roku pochodzi przywilej lokacyjny Starego Pola,
"Ja Luter z Brunszwiku Wielki Szatny i Komtur Dzierzgonia podaję do wiadomości, Ŝe dałem Panu Hannusowi z Montau 30 łanów we wsi Stare Pole (Aldenvelt) w wieczne uŜytkowanie na prawie chełmińskim. Sołtys Hannus i jego spadkobiercy otrzymają 3 łany wolne od czynszu i 1/3 część opłat z ławy sądowej. Z pozostałych 27 łanów właściciele mają na dzień Świętego Marcina płacić od kaŜdego łana 1 markę i 1 funt pieprzu, lecz z 18 łanów czynić to mają dopiero po upływie 2 lat wolnizny. Proboszczowi kościoła pod wezwaniem Św. Barbary w KrzyŜanowie 1 miarkę Ŝyta i 1 miarę owsa na dzień Świętego Marcina dawać naleŜy. Mieszkańcom wsi zezwala się na cięcie drewna budowlanego i na opał w lesie między dwiema Pautami, a takŜe na połów ryb w rzekach i strumieniach na potrzeby własnego stołu. Mogą teŜ posiadać statki i łodzie, aby swoje zboŜe i inne produkty do Elbląga na sprzedaŜ przewozić mogli. Ustalono w Dzierzgoniu W dniu Świętego Walentego 1330 roku. 
 wystawiony przez Lutra z Brunszwiku (poznany już na łamach tego bloga), w którym wspomniany został ów dwór obronny. Kolejne skojarzenie, że do czynienia mamy z pojedynczą budowlą, jak choćby taką jak w Szymbarku, również nie pasuje do tego, co wznosili Krzyżacy.
Zaglądając do książki Janusza Bieszka pt."Zamki Państwa Krzyżackiego w Polsce" znajduję taki oto opis:
"Zakon wznosił dwory na wsi, w miastach i przy ośrodkach miejskich, np. w Kościerzynie. Dwór składał się z murowanego budynku mieszkalno-administracyjnego i innych zabudowań gospodarczych (np. szachulcowych), obwiedzionych murem lub wałem i fosą. [...] Dwory przede wszystkim spełniały funkcje gospodarcze... Usytuowane w centrach majątków i posiadłości, nadzorowały produkcję, gospodarkę rolną, hodowlaną, handel i musiały przynosić dochody."

Do powyższego opisu dodać należy, że prawdopodobnie układ budynków był wariacją na temat fortyfikacji typu motte a obwarowanie realizowano za pomocą wału ziemnego, ponieważ to rozwiązanie nie pozwalało na zdobycie "murów" przy pomocy wieży oblężniczej. 


 Przy czym zrozumiałe jest, że na Żuławach już niewielkie wzniesienie dawało ogromne korzyści fortyfikacyjne. Nie wykluczone jest, iż pierwotnie Krzyżacy ufortyfikowali się u nasady półwyspu wcinającego się w wody rozlewiska jez. Druzno - Zalew Wiślany. 
W 1334 roku Zakon Dokonał podziału Żuław Fiszewskich (w Fiszewie też był "zamek", na pewno istniał już 1257 roku) między komturstwo elbląskie oraz komturstwo dzierzgońskie. Murowany dwór obronny w Stalewie a w zasadzie to Stalle (wsi jako takiej jeszcze nie było), stał się siedzibą prokuratora krzyżackiego, podlegającego komturowi w Dzierzgoniu. Z 1335 roku pochodzą zapisy o bracie Burchardzie będącym prokuratorem i członkiem konwentu dzierzgońskiego.
Do dnia dzisiejszego nie zachowało się nic co mogłoby powiedzieć coś na temat układu przestrzennego dworu Stalle, choć w piwnicach domu podcieniowego, który stoi we wsi, zauważyć można pewne rozwiązania, które nie pasują do piwnic domów z XVIII wieku. 
Przy dworze funkcjonował folwark. Prokurator stalewski zarządzał dobrami zakonnymi i administrował tą częścią Żuław przez ok. 30 lat, do roku 1363 kiedy to jego urząd został zlikwidowany. Od tego też roku zaczyna się historia wsi Stalewo, lokowanej na miejscu dworu i folwarku o kształcie owalu, stąd też określenie "owalnica" opisujące miejscowość.
Pierwszy przywilej lokacyjny otrzymało Stalewo w roku 1363 na prawie chełmińskim i obejmował on 30 włók czyli 539 hektarów ziemi.

W roku 1414 miejscowość została spustoszona - albo w wyniku akcji krzyżackiej "spalone ziemie", przeprowadzane w związku z nadciągającymi wojskami Jagiełły, albo przez te wojska, w poszukiwaniu aprowizacji. Ponieważ nie doszukałem się wzmianek o tym, że odpowiedzialne za zniszczenia są wojska Zakonu Niemieckiego (a takowe na 100% istniałyby, gdyby Krzyżacy zawinili), skłaniam się ku opcji drugiej. W końcu dla żołdaków polskich ta ziemia należała do wroga, jeść wojsko musiało - odwieczny problem wszystkich strategów: aprowizacja. Okres walk zapoczątkowany w 1414 roku nazwany został przez współczesnych "wojną głodową".
Przywileje odnowione zostały w 1470 i należy to rozumieć jako w zasadzie powtórne założenie miejscowości oraz rozpoczęcie pobierania opłat od areału nadanej ziemi.

W roku 1490 wieś należała już do Mikołaja Bażyńskiego, który rok wcześniej wszedł w skład rady stanów pruskich. Wiadomo o tym, ponieważ 15 listopada 1490 skarżył się on na ludzi z Malborka, którzy uprowadzili i pobili jego poddanych ze Stalewa, pomimo tego, iż wieś stanowiła królewskie nadanie. Skarga ta była tylko jedną z kropli w całej czaszy goryczy sporu jaki Bażyński wiódł ze Zbigniewem Tęczyńskim, starostą malborskim, skonfliktowanym z kolei (na tle podatkowym) z Koroną Polską. W ostateczności wieś, prawdopodobnie siłą, przejął Tęczyński.
Rok 1510 przynosi zmianę właściciela - wieś zakupili mieszczanie Elbląscy, co można rozumieć jako przejęcie praw przez radę miasta i, w konsekwencji wpływy do kasy miasta. Dodatkowo napotkałem informację, że we wsi mieszkał Jan IV Pilewski von Pfeilsdorf, pochodzący ze znamienitego, pruskiego rodu, który wtedy był już mocno zubożały. Niemniej historia tego rodu zasługuje na osobny wpis tak jest bogata. Nadmienić można, że Pilewscy razem z Bażyńskimi należeli swego czasu do antykrzyżackiego  Związku Jaszczurczego.

Od 1590 roku rejestruje się w ramach dóbr Stalewa osadnictwo holenderskie.
1622 rok - Stalewo zostaje włączone do dóbr królewskich.
1726 rok - kolejni holenderscy osadnicy
1776 rok - według pruskiego spisu we wsi odnotowano 1 rodzinę mennonicką o nazwisku Froese.
W 1820 roku, Stalewo miało 191 mieszkańców, w tym 6 mennonitów. W 1887 roku dobra  wsi obejmowała 505 ha ziemi, 29 domów, które zamieszkiwało 313 mieszkańców, w tym 17 mennonitów. Mennonici, którzy byli mieszkańcami Stalewa należeli do  zgromadzenia Thiensdorf-Markushof.


Dom podcieniowy ze Stalewa, tak charakterystyczny dla całego obszaru Żuław, zachwyca bogactwem zdobienia ryglowego i zdumiewa swym rozmiarem. Należy do największych w regionie.
Osadnictwo na Żuławach nie należało do łatwych, głównie z powodu stosunków wodnych jaki tu panowały. Zmagania z przyrodą "kształtowały" specjalny typ człowieka - zaradnego, pracą swoich rąk zdobywającego ziemię pod uprawy i hodowlę zwierząt. Ciężka praca zapewniała jednak zamożność a niekiedy bogactwo. Odzwierciedleniem były właśnie domy podcieniowe, których mógł zazdrościć niejeden mieszczanin z Gdańska, Torunia czy Elbląga. Podcień, poprzez swoją funkcjonalność oddawał charakter rolnictwa na Żuławach gdzie częste powodzie wymusiły składowanie dorobku na pewnej wysokości. Drugim elementem domu podcieniowego, ukrytym, widocznym nie dla każdego, moim zdaniem była sień. Wysoka, na wysokości I piętra otoczona galeryjką, z której wchodziło się do wielu pomieszczeń. Niczym w miejskich kamienicach spełniała funkcje reprezentacyjne, posiadając, również jak w mieście, ozdobne, drewniane schody.

Dom w Stalewie został zbudowany w 1751 roku przez George'a Pöcka dla Michaela Gehrta -  wyróżnia się własną specyfiką oraz bogato ukształtowaną dekoracją ryglową. Jest to piętrowa, murowano-drewniana konstrukcja, otynkowana, z ryglowymi- wypełnionymi cegłą: piętrem, szczytami i wystawką. Głęboką wystawkę wspiera 8 drewnianych kolumn i ryglowe ścianki boczne. Kolumny podcienia połączone są profilowanymi mieczami tworzącymi arkady. Na belce wystawki widnieje inskrypcja z gmerkiem i sygnaturą budowniczego:
 "Ich hab gebauet mit Bedacht Der Hoff soll werden gut gemacht Mein Nachfolger und ein anderer Mann Ihn schon vielleicht wohl tadeln kann, Michael Gehrt Bauherr George Pöck Baumeister 1751"










Na starych zdjęciach można jeszcze wypatrzyć kościół, który stał w centrum wsi. Przy nim znajdował się również niewielki cmentarz ewangelicki, na którym chowani byli również ewangelicy. 
Cmentarz ewangelicki usytuowany w zach. części wsi, po płd. stronie, pośrodku znajdował się wzniesiony w 1707 roku drewniany kościół rozebrany w l. 50 tych XXw. teren cmentarz  zdewastowany. do 1945 r. znajdował się nagrobek w formie kolumny Anny Marii Gert, z d. Jacobsen zm. 1796 r. , pośród resztek innych nagrobków zachowała się stela i nagrobek w formie sześcioramiennej gwiazdy Erwina Nickela.












Kościół, prawdopodobnie zdewastowany w 1945 roku, niszczał do lat 50 kiedy to rozebrano go. Krążą historie o mieszkańcu Stalewa, który drewnianymi figurami kościelnymi palił w piecu. Kolejny, piękny obiekt sakralny został bezpowrotnie stracony - ciągłość kulturowa i dziedzictwo historyczne tych ziem, zostało brutalnie przerwane i zakończone po II wojnie.