czwartek, 12 marca 2020

A fama, a bello, a peste libera nos, Domine. cz.I

A bello...


Trzecia wojna północna przewalała się przez ziemie polskie, pruskie i warmińskie w latach 1700 - 1721. Uczestniczyły w niej państwa: Dania, Rosja, Norwegia, Saksonia, Prusy z jednej strony i Szwecja z drugiej. Nie ma sensu analizować przyczyn ekonomicznych czy politycznych tej wojny, głównie dlatego, że z punku widzenia zwyczajnych mieszkańców ziem, przez które przemieszczały się wojska, każda wojna była dopustem bożym. Szwedzi palili całe wioski za brak kontrybucji czy też za odmowę utrzymywania wojska zimą. Przed Szwedami jeszcze, w 1701 roku,  na ziemi warmińskiej pojawili się Sasi przepędzeni znad Dźwiny a dodatkowo biskupstwo zmuszone było uiszczać przepisana prawem hybernę wojsku koronnemu. Ludność warmińska pod ciężarem różnorakich "zobowiązań" po prostu nie chciała płacić więc dowództwo wojsk koronnych (polskich) skierowało oddziały wojska na Warmię w celu najzwyczajniejszego skonsumowania należnej hyberny.

Skargi kierowano do hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jabłonowskiego herbu Prus. Oto jego słowa pocieszenia skierowane do kanoników warmińskich: 
"ad praesens (obecnie) innego na to sposobu nie widzę, tylko suplikować Królowi Imci circa praemissa, który sobie przypomni łatwo, że sześć tysięcy wojska swego obiecał na usłudze Rzeczypospolitej własnym utrzymać kosztem".


W czasie III wojny północnej Szwedzi nie byli pierwszy raz na Warmii, tak więc mieli już "sprawdzone" metody postępowania na okupowanym terytorium. W czerwcu 1626 roku Gustaw Adolf z ośmioma tysiącami wojska zajął Frombork, Braniewo i opanował okolicę na 10 lat. Drugi raz, podczas "potopu" Warmię splądrował Karol Gustaw a potem oddał ją w lenno Prusom Książęcym.
Tym razem Karol miał ze sobą kilku generałów specjalizujących się w ściąganiu kontrybucji. Na podstawie informacji o zamożności terenu Warmii, które zebrał Joran Adlestern, generał Magnus Steinbock rozkładał kontrybucje a egzekutorem był Andrzej Lagercron. 
Ludność zamieszkująca obszar będący pod władaniem Szwedów znalazła się między młotem a kowadłem. 
Młotem byli Szwedzi, którzy chętnie sięgali po drastyczne metody aby podporządkować sobie mieszkańców ziem, które zajmowali i Warmia nie była tu wyjątkiem.
W sierpniu 1703 roku Szwedzi spalili Nieszawę z powodu napadu na szwedzki oddział jaki miał miejsce w okolicy. Mieszkańców powieszono. Ów "napad" najprawdopodobniej miał związek z blokadą Torunia. Pierwsze oddziały  szwedzkie pojawiły się pod tym miastem 23 maja 1703 roku. Rankiem 26 maja ok. 12 tysięcy soldatów przeprawiło się przez rzekę Drwęcę po uprzednio zbudowanym moście. Obóz powstał na polach pomiędzy Mokrem i Trzeposzem i rozpoczęło się kilkumiesięczne oblężenie Torunia. Szwedzi odcięli dopływ wody do miasta. Bardzo szybko pojawiły się choroby epidemiczne takie jak czerwonka lub dyzenteria, wynikające z braku czystej i bieżącej wody. Nie dziwi więc, że podejmowano próby, choćby drobne, mające na celu zniechęcenie oblegających czyt. usunięcie. We wrześniu Szwedzi rozpoczęli ostrzał artyleryjski Torunia ale to już temat szerszy i na inny wpis.


W czasie oblężenia Torunia przez Szwedów północną Warmię jeszcze kontrolowali Brandenburczycy - oczywiście każąc płacić sobie  kontrybucje, które miały gwarantować powstrzymanie Szwedów. Pod koniec grudnia 1703 roku wojska pruskie wycofały się przed nadciągającym Karolem XII. 
Jednym z generałów szwedzkich, którzy egzekwowali pobór haraczu był Magnus Steinbock, który po bitwie pod Kliszowem (zwycięskiej dla Szwedów) został mianowany generalnym komisarzem wojennym odpowiedzialnym za ściąganie kontrybucji. Przy okazji na boku sobie także nakradł, dzięki czemu odbudował pozycję rodziny. Spotkało go też kilka innych zaszczytów i awansów. Magnus Stenbock (bo i taką pisownię nazwiska się stosuje) w momencie wybuchu wojny skończył 35 lat i miał już za sobą służbę wojskową w armii holenderskiej, cesarskiej i szwedzkiej. Po bitwie pod Narwą awansował na generała. Awans jednak to było za mało: łupy wojenne szacowane na tysiące talarów, sakwy pełne pieniędzy i wiele cennych przedmiotów typu klejnoty czy srebrne naczynia.  I dalej: pościel [sic], zastawa, broń, łóżka [sic], ornaty, kielichy, krzyże, świeczniki, bogato zdobione ubrania - wszystko płynęło szerokim strumieniem do posiadłości hrabiego. Za większe sumy pieniędzy, które siłą rzeczy uzbierały się w trakcie wojny, kupował nowe posiadłości ziemskie. Co ciekawe hrabia zarabiał również dostarczając armii mięso i zboże. 

Magnus Stenbock (inna forma nazwiska częściej spotykana w źródłach historycznych) zasłynął jako człowiek dziki i okrutny. Specjalnością jego było ściąganie kontrybucji i budowa mostów pontonowych [SIC!]. Sławę, jaką zdobył, zawdzięczał metodzie postępowania, która była prosta: za wszelki opór groził ogniem i żelazem i był konsekwentny. Tenże Steinbock, jeszcze przed okupacją Warmii, wyznaczył na całe biskupstwo niemożliwą wprost do wypłacenia daninę. Widocznie celowo stawkę podał na wyrost, aby ustąpić do wcale niemałej sumy 125 tysięcy florenów, którą diecezja musiała uiścić w dwóch ratach . Oprócz tej daniny, z każdego łanu, oddalonego od Torunia nie dalej niż 20 mil, żądał po 42 tynfy miesięcznie.    
Losy biskupstwa warmińskiego w dobie wojny północnej (1700-1711) , Szorc A., Studia Warmińskie II(1965)



Stenbock tak pisał do kapituły warmińskiej w liście datowanym w Toruniu 28 sierpnia 1703 roku:

Niczego bardziej od Panów się nie spodziewam jak punktualnego spłacenia kontrybucji, tym bardziej, że na jej zebranie mieliście tak długi czas, o jaki inni nawet nie śmieli prosić. Wam samym pozostawiam do osądzenia jak bardzo ta opieszałość może rozgniewać mego Najłaskawszego Króla. Dlatego, jeśli sobie i swej prowincji dobrze życzycie, radzę czym prędzej zapłacić obiecaną sumę. Jednocześnie  w imieniu Jego Królewskiej Mości proszę i upominam aby ta miesięczna danina również w należytym czasie była uiszczana.

Bez względu na to jak bardzo praktyki grabienia i pozyskiwania dóbr poczesnych w czasie wojny są obecnie rażące, w owym czasie stanowiły normę. Dla oficerów oraz dla zwykłych żołnierzy, łupy wojenne były główną siłą sprawczą udziału w wojnie. Rabunki uważano za działania usprawiedliwione, za "uczciwą pracę" [sic!] w pocie czoła i krwi, traktowano je jako czynnik mobilizujący do lepszej walki. Postępowanie takie było w pełni dozwolone, a nawet regulowane specjalnymi przepisami [sic]. Jedyną zabronioną rzeczą była grabież przed pokonaniem przeciwnika. Cała  zdobycz znaleziona na polu walki należała do oficerów i żołnierzy, którzy dzielili się nią w ustalony wcześniej sposób. Żołd w takiej sytuacji był tylko niewielkim ułamkiem "dochodów". Przykładem niech będzie łup jaki dostał się w ręce szwedzkie po zwycięskiej bitwie pod Saladen w 1703 roku. Podział ten wyglądał następująco: ranny kapitan - 80 riksdali, kapitan bez ran - 40 riksdali, ranny porucznik lub chorąży - 40 rik. , porucznik lub chorąży bez ran - 20 rik., podoficer bez ran - 2 rik., ranny szeregowiec - 2 rik., i na samym końcu szeregowy, który przeżył zdrów na ciele - 
1 riksdal. Tak więc na samum dole drabiny płatniczej znajdował się człowiek, który miał się cieszyć z tego, że w ogóle przeżył, co, biorąc pod uwagę sposób prowadzenia starć było nie lada wyczynem. 


Bitwa pod Połtawą 8 lipca 1709 r.

Rabunków dokonywali również Rosjanie w prowincjach nadbałtyckich, i to w nie mniejszym stopniu, niż Szwedzi w Polsce. Rosyjska strategia polegała na całkowitym wyniszczeniu prowincji szwedzkich. Dzięki temu nie mogły one być wykorzystywane w przyszłości jako baza dla szwedzkich działań (dla terenów polskich obowiązywał plan żółkiewski, który również zakładał taktykę spalonej ziemi). Jeden z rosyjskich generałów,Szeremietiew, w liście do cara poinformował go z zadowoleniem o swoich ostatnich dokonaniach: " We wszystkich kierunkach rozesłałem ludzi, aby brali do niewoli albo rabowali; nic nie uszło swojemu losowi, wszystko jest zniszczone i spalone. Nasze oddziały uprowadziły tysiące  mężczyzn, kobiet i dzieci [ SIC!] a także ponad 20 tysięcy koni roboczych i bydła domowego". Przy takim podsumowaniu należ brać pod uwagę, że co najmniej tyle samo zostało zniszczone, zabite lub zjedzone. Armia rosyjska wlokła za sobą część ludności jak żywą zdobycz; wielu wysoko postawionych oficerów rosyjskich "zajęło" sporą liczbę ludzi na własny rachunek i wykorzystywało jako siłę roboczą w swoich majątkach. Innych sprzedano jak bydło na rynkach rosyjskich, pozostali skończyli jako niewolnicy u Tatarów i Turków.


Polska w tym konflikcie, stała się sceną, na której starły się ze sobą dwie potęgi militarne. Starcie to wyniszczało nie tylko wojska ale też wszystko dookoła - ludzi i ziemie jakie zamieszkiwali. Z jednej strony wojska szwedzkie przygotowały się na to, iż wyżywią się kosztem ludności polskiej a z drugiej strony Rosjanie robili wszystko aby im to uniemożliwić. Szwedzi, po przekroczeniu granicy ze Śląskiem szybko przekonali się, że wkraczają na ziemie uprzednio zdewastowane. Rosjanie wycofując się palili wsie i miasta, zatruwali studnie i tępili ludność cywilną. 

Po przekroczeniu Wisły, Szwedzi skierowali się ku Mazurom, ku granicy pruskiej. Manewr ten był zaskakujący, ponieważ nigdy, żadna armia tędy nie przechodziła, z powodów utrudnień jakie stwarzał zabagniony i gęsto zalesiony teren. Manewr ten miał na celu zmylenie Rosjan i wyparcie ich z linii Narwy. Armia szwedzka wdarła się na Mazury w trzech kolumnach i posuwała się dość wolno, a to za sprawą złych dróg i głębokiego śniegu. Wroga armia przemieszczająca się zimą potrzebuje żywności i schronienia a więc nie dziwi, że nie spotkała się z ciepłym przyjęciem miejscowych. których zmuszono do udzielania "gościny". Chłopi na początku próbowali jakichś pertraktacji - proponowali, na przykład, że wskażą drogi, które umożliwią szybszy i wygodniejszy przemarsz wojska. Proponowali nawet złożenie dobrowolnych kontrybucji. Wszystko na nic, ponieważ Szwedzi konsekwentnie zabijali [SIC!] wszystkich przedstawicieli chłopskich jacy do nich trafiali. Nie dziwi więc po raz kolejny, że doszło do szybkiej, wręcz gwałtownej eskalacji przemocy - do wojny podjazdowej. Ludność uciekała do lasów a jednocześnie na trasach przemarszów kolumn wojska wznoszono barykady i jak tylko się dało utrudniano Szwedom przemieszczanie się, nie stroniąc od wszelkich zasadzek. Szwedzi odpowiedzieli w charakterystyczny dla siebie, w tamtym czasie, sposób: utworzono specjalne pododdziały, które wysyłano do lasu w celu zabicia wszystkich mężczyzna w wieku powyżej 15 roku życia. Dodatkowo wyżynano bydło, którego z jakichś powodów nie można było dołączyć do kolumny maszerującego wojska oraz palono każdą napotkaną wieś. Metoda spalonej ziemi niejako rykoszetem uderzyła w agresorów, ponieważ na skutek takiego podejścia pojawiły się problemy z pozyskaniem żywności od miejscowej ludności. Tak więc pojawiły się również tortury, którymi próbowano zmuszać pojmanych chłopów do wyjawienia lokalizacji ukrytych zapasów. Na ludności mazurskiej Szwedzi pokazali swoją barbarzyńską postać w pełnej, odrażającej  krasie. 


Fragment z pracy: Majewski W., Kurpie w walkach o niepodległość od Potopu do Baru , 1998.
Na początkach stycznia 1708 r. król szwedzki Karol XII wyruszył w 41000 żołnierzy z Brześcia Kujawskiego w kierunku Grodna poprzez północne Mazowsze, aby obejść stanowiska armii rosyjskiej rozłożonej nad środkową Wisłą. 17 stycznia dotarł do Przasnysza, tu rozdzielił amię na 3 kolumny, północna miła iść przez Prusy Książęce, środkową pod wodzą samego monarchy (ponad 400 jazdy) skierowano na Puszczę Zieloną (Puszcza Kurpiowska), ostatnią na południe od Puszczy przez Ostrołękę. 20 stycznia Karol XII wkroczył na teren Puszczy. Kurpie postanowili przeciwstawić się zbrojnie temu przemarszowi. Podjęli już 20 stycznia działania partyzanckie, dokonywali napadów z zasadzki, czy nocnych na kwatery Szwedów. 21 stycznia poselstwo Kurpiów zażądało od króla wycofania się z terenu Puszczy. Karol XII z miejsca to odrzucił, ale ściągnął gwardię pieszą (3000) do kolumny środkowej. W nocy z 21 na 22 lub na 23 stycznia w Brodowych Łąkach Kurpie napadli zapewne na kwaterę króla, ale nie udało się im go zabić [sic]. W nocy z 22 na 23 stycznia Kurpie (do 1300 ludzi, w większości zbrojnych w strzelby) zajęli silną pozycję na linii bagien Brzozówka pod Kopańskim Mostem w pobliżu Myszyńca. 23 stycznia przyjęli ogniem czoło kolumny króla. Być może doszło do jakichś prób ataku na pozycję Kurpiów, które się nie powiodły. W nocy Karol XII uzyskawszy przewodnika obszedł na czele 150 żołnierzy pozycję kurpiów, którzy się wycofali. Zaskoczenie i noc zapewne nie pozwoliły im zorientować się, jak słabymi siłami przeciwnik rozporządza. Od 24 stycznia mróz ścinający bagna nie pozwolił Polakom stawić czoła Szwedo, na wybranej pozycji. Jeszcze raz wysłali poselstwo do króla szwedzkiego domagając się okupu za przejście przez Puszczę. Ten oburzony wydał rozkaz zabijania wszystkich Kurpiów schwytanych z bronią i palenie ich wiosek. Swą grupę podzielił Karol XII na 2 części idące równolegle drogami w odległości 2-12 km, aby ułatwić otwieranie sobie drogi w razie oporu. Kurpie nadal podejmowali działania partyzanckie m.in. zdobyli nawet część taboru szwedzkiego. 26-27 stycznia wojska Karola wyszły z Puszczy. Każda ze stron mogła stracić do 100 ludzi. Walki te stanowią rzadki wypadek samodzielnych działań znacznych sił chłopskich na własną rękę. 

Wpis w dzienniku szwedzkiej wojennej wyprawy:
"1708 r., styczeń:
Ponieważ Wisła znów zamarzła, nasz Skaraborg Regiment mógł przekroczyć ją, choć z wielkim wysiłkiem, popychając wozy bez koni i przenosząc wszystko na swoich barkach. Po osiągnięciu drugiego brzegu rozłożyliśmy obóz na kilka dni w niewielkiej odległości od rzeki. Niedługo cieszyliśmy się odpoczynkiem.
Dostaliśmy rozkaz do wymarszu i kiedy tak maszerowaliśmy po beznadziejnie złych drogach, mój wujek umarł z wycieńczenia rankiem w domu jakiegoś szlachcica. Woziłem jego ciało przez dwa dni. W niedzielę kazałem go pochować na skraju jakiejś wsi, wtedy gdy stanęliśmy na odpoczynek. Nic się nie zmieniło w następnych dniach, wciąż maszerowaliśmy przez puszcze mazowieckie i Mazury.
W Czerwonym Borze wysłaliśmy nasze oddziały zwiadowcze aby zabiły wszystkich wieśniaków powyżej 15 lat. Bydło, którego nie mogliśmy zabrać z sobą zaganialiśmy do chałup i podpalaliśmy je. Wszystko to dla bezpieczeństwa jako, że mieszkańcy wiosek tyle zła naszemu marszowi poczyniali, nękając nas wszędzie i ciągle."



Powróćmy na Warmię i na obszar biskupstwa warmińskiego. Zachowały się do dnia dzisiejszego dokładne relacje i wyliczenia dotyczące szwedzkich obciążeń na tym terenie. 
W maju 1705 roku Szwedzi postanowili wydusić więcej niż do tej pory i zmodyfikowali podatek pogłówny. Do jego płacenia zobowiązali wszystkich mieszkańców w wieku od 15 do 60 lat. Najwyższą stawkę płacili kanonicy katedralni, w wysokości 150 florenów, oraz kolegiaccy - 100 florenów. W przypadku duchowieństwa podnoszenie podatku miało na celu wybadanie ile faktycznie kanonicy "zarabiają" i wyduszenie maksimum, ile się da.
Wcześniej, latem 1704 roku na proboszczów nałożono obowiązek oddawania szwedom połowy dziesięcin i ofiar składanych przez wiernych przy wszelkich okazjach [SIC! o naiwni] (tzw. offertorialia). Rabunkowy system kontrybucji plus samowola żołnierzy przyczyniły się do gospodarczego upadku Warmii. Zima 1704 roku zapowiadała się katastrofalnie i taka też była. Za jeźdźcem wojny zawsze wiernie podąża jego towarzysz - głód.
Pod koniec maja 1704 r. Szwedzi wydali zarządzenie, aby wszystkie wsie, osady i miasta w ciągu 24 godzin wypłaciły bez reszty zaległe za ostatnie 3 miesiące kontrybucje, w przeciwnym razie zostaną spalone [sic]. Egzekutorem zarządzenia został generał Lagercrona, który zdążył już poisać się swoim okrucieństwem. Podatek pamiętany był jeszcze długo pod nazwą Brandschatzung a sam Lagercrona zmienił się  w szatana w ludzkim ciele. Z dymem poszło przeszło 100 wsi i osiedli. 
W późniejszych latach sytuacja uległa jeszcze pogorszeniu. Król polski August II Mocny, który w zasadzie wciągnął Polskę do wojny północnej atakując Inflanty, został zmuszony do abdykacji przez Karola XII. Szwed na tronie polskim obsadził Leszczyńskiego, przeprowadzając dosyć kuriozalną koronację z wykorzystaniem klejnotów koronnych, które sam dostarczył.
Leszczyński był marionetką całkowicie podporządkowaną Karolowi a August z ulgą "odpuścił" sobie bałagan jakiego narobił. Na terenie Polski zaczęły, bez większej kontroli, panoszyć się wojska szwedzkie, rosyjskie i wszelkiego rodzaju oddziały polskie, czy to zwolenników Augusta, czy też leszczyńskiego. Dla przykładu: Starosta gnieźnieński Śmigielski na czele 600 osobowego oddziału nękał Szwedów walkami podjazdowymi, niszczył magazyny i paraliżował linie komunikacyjne
wroga. Ruchliwy partyzant zapuszczał się aż na Warmię, likwidował załogi szwedzkie na zamkach, odbierał uzbierane kontrybucje. A po kilku latach chaotycznej walki Śmigielski przerzucił się do stronnictwa Leszczyńskiego.
Na Warmi  Śmigielski "gościł" dwa razy, za każdym razem jako zwolennik innej frakcji. Za pierwszym razem w 1705 roku łupił bezlitośnie Szwedów, a za drugim razem, 1707 sam dostał łupnia pod Koronowem od wojsk polsko-moskiewskich jako zwolennik Leszczyńskiego a więc też i Szwedów
Pierwszy najazd , jaki miał miejsce 27 sierpnia 1705 roku wycelowany był przeciw Szwedom i dość dobrze wrył się w pamięć oddziałów okupujących Warmię. 
Starosta alikwidował i to dosłownie załogę pozostawioną na zamku w Lidzbarku, wyciął stuosobowy oddział sciągający razem z generałem Oxensternem kontrybucje, darowując życie jedynie generałowi i jego rodzinie. Jego oddział w tamtym momencie szacowano na jakieś 1500 ludzi rekrutujących się z ziem polskich jak i saskich. Zimą 1706 roku to biskupstwo zmuszone zostało do okupienia się Śmigielskiemu.
W tym samym czasie na Warmii "gościł" marszałek konfederacji Chomentowski, który pobierał hybernę dla swoich wojsk. W tym samym czasie na Warmii wybierały hybernę wojska konfederackie. Marszałek konfederacji, Chomentowski, przybył osobiście do Butryn i wzywał do siebie Nycza w sprawie zaległych podatków. Protokoły posiedzeń kapituły katedralnej podają wiele nazwisk wybitnych konfederatów (Rybiński, Brzuchowski, Brodowski), którzy w latach 1705—1709 byli na Warmii i egzekwowali hybernę wojsku koronnemu.
Garnizon elbląski nie dysponował dostatecznymi siłami, by
wycieczki przeciwnika ukrócić. Zdarzało się często, że w jednej komorze zbierali podatek Szwedzi, a w sąsiedniej konfederaci. Unikali siebie nawzajem. Gdy konfederaci przychodzili większą grupą, Szwedzi zamykali się w zamkach, po odejściu przeciwnika wychodzili znowu i starali się nadrobić to, co im wydarli Polacy. Miejscowa ludność niejednokrotnie znalazła się w sytuacji bez wyjścia, ponieważ zarówno Szwedzi jak i konfederaci nakazywali płacić sobie, a zabraniali pod surowymi sankcjami wspierać przeciwnika. Administrator diecezji i kapituła zwykle płacili temu, kto aktualnie żądał i czyje sankcje był realniejsze. Czasami płacono podatek konfederatom w sekrecie, by nie rozgniewać komendanta z Elbląga. Ordynariusz diecezji, mimo ciężkiej próby, wytrwał przy królu Auguście, natomiast kapituła skłaniała się widocznie ku Leszczyńskiemu, skoro kanonikom zależało na opinii u Szwedów. Sytuacja diecezji ulegała zasadniczej zmianie na lepsze dopiero w 1709 roku, gdy Karol XII przeniósł działania wojenne w głąb Rosji. W Polsce pozostało 8 tysięcy wojska szwedzkiego pod dowództwem generała Krausau. Zadaniem ich było ugruntować panowanie Leszczyńskiego i następnie, razem z wojskiem króla Stanisława, dołączyć do zasadniczej armii szwedzkiej. Klęska Szwedów pod Połtawą (8 lipca 1709 r.) pokrzyżowała te plany. Krausau naciskany przez konfederatów i wojska rosyjskie odwołał załogi osadzone na zamkach w Elblągu i Poznaniu i razem z Leszczyńskim wycofał się na Pomorze, w okolice Szczecina i Strzałowa (Stralsundu).  Warmia pożegnała Szwedów na zawsze, ale pozostał po nich w diecezji ślad na wiele dziesiątków lat w postaci ruin i zgliszcz. Niektóre straty poniesione w czasie wojny północnej, jak np. zrabowanie archiwaliów i książek, odczuwa diecezja do dnia dzisiejszego.


Na każdej niemal stronie przekazów źródłowych z tych czasów znajdujemy narzekania ludności warmińskiej na rabunki wojsk, zwłaszcza szwedzkich. W ciągu paru lat biskupstwo zostało doprowadzone do ruiny. Doskonałym dokumentem ilustrującym stopień zniszczeń wojennych jest inwentarz dóbr biskupich, sporządzony przez delegatów kapituły zaraz po śmierci biskupa Załuskiego i potwierdzony przez następnego biskupa, Teodora Potockiego. Z inwentarza tego dowiadujemy się, że Szwedzi zdewastowali prawie wszystkie majątki biskupie. Majątek Wielochowo (k. Lidzbarka) tak zniszczyli, że nawet nie pozostał ślad gdzie stały budynki. W Smolajnach budynki gospodarcze i piękny pałac biskupi puścili z dymem za zaległe podatki i ograbili z mienia do tego stopnia, że po ich odejściu w całym majątku pozostała tylko jedna krowa i jedna jałówka. Spalony został razem z przyległym młynem majątek Wojtówko (k. Reszla). Szwedzi nie ostrzegli młynarza o egzekucji i w niszczycielskim szale nie zważali na to, że młynarz na krótko przedtem wypłacił nałożoną kontrybucję. Podobny los dzieliły inne majątki biskupie:  Robawy, Kronówko, tzw. Majątek Nowy k. Lidzbarka, Karbowo, Klejnowo, Biskupiec. W Biskupcu spłonął pałac biskupi. W Lidzbarku również został spalony niewykończony jeszcze, piękny, barokowy pałac w ogrodzie koło zamku, zbudowany przez Zbąskiego, poprzednika Załuskiego. Do 1711 roku większość zniszczonych majątków została odbudowana, jedynie majątek Robawy za życia biskupa Załuskiego nie dźwignął się z ruin .
Losy biskupstwa warmińskiego w dobie wojny północnej (1700-1711) , Szorc A., Studia Warmińskie II(1965)


Karolowi XII w trakcie działań związanych z 3 Wojną Północną udało się osiągnąć konkretny rezultat poprzez osadzenie na tronie polskim Leszczyńskiego. Między Polską a Szwecją podpisany został pod koniec 1705 roku traktat pokojowy (Traktat warszawski 28 listopad 1705 r.). Jest on o tyle interesujący, że pokazuje dokładnie, o co naprawdę walczyli żołnierze szwedzcy. Król szwedzki wyciągnął z szafy starego szwedzkiego kościotrupa - politykę "Dominium Maris Baltici"  - i jeszcze raz odkurzył go z pyłu przeszłości. W warunkach owego traktatu znalazł się paragraf mówiący o tym, że większa część handlu polskiego miała przechodzić przez port w Rydze. Jednocześnie zobowiązał Polskę do wyburzenia nowego portu w Pałandze, aby nie mógł on konkurować z portami szwedzkimi. Kupcom szwedzkim zezwolono na osiedlenie się w Polsce, uzyskali oni też wiele przywilejów. Traktat wprowadzał całkowity zakaz kontaktów handlowych Rosji z Zachodem za pośrednictwem terytorium Polski. 


Gdańsk:
Przedmieścia Gdańska w XVII i XVIII wieku - Orunia i Stare Szkoty były całkiem dobrymi miejscami do zamieszkania. Znajdował się tutaj klasztor jezuitów, którzy prowadzili również szkołę o dobrej opinii. Nie brakowało też wszelkiego rodzaju rzemieślników. Jednak decydując się na zamieszkanie w tym miejscu, trzeba było zdawać sobie sprawę z jednej rzeczy: Zabudowania tych dzielnic, a w szczególności Szkotów były wykorzystywane jako osłona dla wojsk oblegających miasto, które to wojska chętnie podchodziły właśnie od tej strony. W związku z tym Rada Miejska niejednokrotnie decydowała o niszczeniu przedmieść celem oczyszczenia przedpola .

XVIII wieczne przedmieścia Gdańska od południa. Biskupia Góra, Chełm, Stare Szkoty i część Oruni 1736 rok.

W 1702 roku, na jesieni, armia saska (jedna ze stron konfliktu wielkiej wojny północnej, strona Augusta Mocnego) obrała sobie Prusy Królewskie jako miejsce spędzenia zimy. Zrozumiałym jest, że mieszkańcy Prus zadowoleni nie byli. Toruń zgodził się na "gościnę" w obrębie murów miejskich 300 żołnierzy. Ostatecznie do miasta wmaszerowało ich 100 w tym August II Mocny. W okolicy Gdańska również pojawiło się wiele oddziałów saskich. Zajmowali również tereny posiadłości wiejskich miasta a więc Żuławy Gdańskie. Znana jest co najmniej jedna potyczka, która miała miejsce 29 lub 30 października:

Des Europaischen Tag-Registers Uber jeztlauffendes... Lipsk 1703

"30 października 1702.
Wieczorem w okolicach Gdańska doszło do starcia między oddziałem saskim a żołnierzami
miejskimi.
Gdy 500 Sasów przybyły do lasu Herrberg, chcieli rozbić tam namioty i wejść na
przedmieścia. Wybrali 300 najlepszych ludzi, aby przekroczyli szlabany, otwierając tym
samym drogę na Szkoty, zaś pozostałych 200 miało ich wesprzeć. Zatrzymała ich gdańska
warta licząca 18 ludzi i zapytała, czego szukają. Padła odpowiedź, że chcą przejść dalej.
Gdańscy żołnierze odrzekli, że nie ma takiej możliwości. Na to Sasi zwarli się, nałożyli
bagnety na karabiny i uderzyli nimi na miejską wartę. Ta broniła się ostro długimi pikami,
niektórzy Sasi zostali poważnie ranni. Następnie Sasi dali ognia w kierunku gdańszczan,
których trzech padło na ziemię. Ale kiedy reszta gdańszczan chwyciła za karabiny,
wspomina się, że pięciu saskich żołnierzy padło zabitych, a 12 rannych, w tym jeden
porucznik. Właśnie dlatego postanowili się wycofać odgrażając się jednak, że jeszcze
powrócą."


Salomon Mellenthins - dziennik z XVIII w. :

"1708, 15 marca, Szwedzi zajęli Szkoty, Chełm, Siedlce. Na Stogach i Krakowcu Szwedzi
wykonali egzekucje. Gdańskie warty stoją na Sandberge. Na mierzei 70 ludzi i na Żuławach
20 padło ofiarą egzekucji szwedzkich. Ci postępują bezbożnie i skandalicznie.

1711, 1 marca, Sasi odeszli ze Szkarpawy. Rosjanie wybierają dużo pieniędzy z Gdańska.
Wolni strzelcy (jak w 1707) na Oruni kilku z nich przejęli."

Elbląg:


Wojska Karola XII zajęły Elbląg 12 grudnia 1703 roku. Obronność miasta poprawiono, artylerię uzupełniono i uczyniono z Elbląga istotny element strategiczny wojny północnej. Szwedzi skwapliwie skorzystali z okazji aby pozyskać kontrybucje z miasta. Oprócz nich, garnizon szwedzki żądał na bieżąco furażu, żywności, kwater. Pobyt wojsk szwedzkich w Elblągu w latach 1703 - 1710 kosztował miasto łącznie 479 693 talary.

Olsztyn:
Historia Olsztyna Hugo Bonk

"Jeszcze więcej nieszczęść niż dwie wojny ze Szwecją przyniosła Olsztynowi trzecia, wojna północna (1700-1721). [...] rozpoczęła się więc woja domowa, która częściowo toczyła się na Warmii, gdzie wojska litewskie walczyły przeciwko saksońskim. [...] Na terenach biskupstwa pełno było wojsk saksońskich, a kraj znów wyzyskiwały nieustające kontrybucje. [...]
Karol XII okazał się godnym następcą swojego poprzednika Gustawa Adolfa - szybko zmusił Duńczyków do pokoju, potem pokonał Rosjan pod Narwą (Estonia). W 1703 roku najechał Warmię. Także król August, który miał jedynie wojska saksońskie, wysłał na Warmię cztery regimenty, przez co dostała się ona znów w dwa ognie, a najbardziej zagrożony był przy tym Olsztyn. Na kraj nałożono kolejne kontrybucje, miesięcznie 27 guldenów od każdego łana, ponadto od duchownych żądano połowy ich pozostałych przychodów, a do tego jeszcze wprowadzono pogłówne. Biskup [Andrzej Chryzostom] Załuski wydał rozkaz aby zastawić przedmioty kościelne za odpowiednią kwotę w celu zapłacenia należności.  

Mały przerywnik: jeśli ktoś chciałby wystosować oficjalny list do powyższego biskupa, to musiałby użyć następujących "danych" biskupa:
Andreas Chrysostomus, Comes in Zaluskie (Załuski) Dei et Apostolicae Sedis Gratia Episkopus Varmiensis et Sambiensis, sacri Romani  Imerii Princeps, Terrarum Prussiae Praeses, Supremus Requi Cancellarius   uff

W październiku kanonik Nicz zapłacił Szwecji 50 tys. guldenów, ale szwedzki generał [Gustaw Otto] Snenbock [Steinbock] zażądał jeszcze 75 tys. guldenów [...]
Kraj został nie tylko spustoszony, ale i zubożony o ponad 100 wsi. [sic] Taki stan trwał nadal po wycofaniu się [głównych sił] Szwedów. Musiano utrzymywać nie tylko pozostałych Szwedów, ale i uregulować opłaty dla armii szwedzkiej i Polaków. [...]
Olsztyn ucierpiał w tej wojnie szczególnie mocno. Już w 1702 roku [mieszczanie] skarżyli się kapitule, że nie udało się zebrać ustalonych kontrybucji dla wojsk saksońskich, wskutek czego administrator otrzymał pozwolenie, aby udzielić miastu nieoprocentowanej pożyczki. W kolejnym roku kapituła zrezygnowała ze swoich wpływów ze zboża z komornictwa olsztyńskiego i przekazała je potrzebującym. Szwedzi ciągle domagali się od miasta kolejnych kontrybucji. W roku 1705 Olsztyn miał 27 tys. talarów długu z powodu nieopłaconych kontrybucji, a na nieszczęście w czerwcu 1708 roku doszło do pożaru, spowodowanego niedbalstwem szwedzkich żołnierzy. Spaliła się niemal połowa miasta, w tym Wysoka Brama.
To całkowicie ogołocone, a w dodatku spalone miasto dotknęło wówczas jeszcze gorsze nieszczęście, a mianowicie dżuma.




sobota, 26 października 2019

Mareza - epitafia przydrożne.

Jadąc drogą nr 518 z Kwidzyna na północ, bardzo szybko, po przecięciu nowej 90-tki, dojechać można do miejscowości Mareza. Nazwa wzięła się od nazwy jeziora, które na tym terenie zostało utworzone przez Wisłę jeszcze w okresie krzyżackim - Mariensee.
Zaraz po przejechaniu mostu nad Liwą, po lewej stronie drogi nie sposób nie zauważyć dwóch steli stojących w cieniu okazałego kasztanowca. Całość małego cmentarzyka otoczona jest drewnianym ogrodzeniem - wyznacza one prawdopodobny zasięg terenu przeznaczonego na pochówki. 



Cmentarzyk przynależał do majątku Schloss Mareese, który powstał w 1607 roku na skutek reorganizacji dóbr książęcych obejmujących Marezę. Sam cmentarzyk powstał pod koniec XVIII wieku. Na dzień dzisiejszy podziwiać można dwie późnorokokowe stele - bogato zdobione i "opisane", co charakterystyczne dla ewangelickich nagrobków. W zasadzie owe "bogactwo" wyklucza mennonickie pochodzenie steli. Drugą przesłanką jest fakt iż w tamtym okresie skupisko rodzin mennonickich znajdowało się dalej na północ, w okolicy dzisiejszych Barcic, który to rejon został zamieszkały przez osadników, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia rozlewisk Niemna w okolicach Tylży (ale tym później i przy innej okazji).
W roku pańskim 1885 właścicielami majątku  Schloss Mareese byli Jan i Henryk Ehms i ich już określa się jako mennonitów, po nich, od 1906 roku dobra przejęła rodzina Tgahrt. 
Z kolei przed Ehmsami majątek był w posiadaniu Bromunda [SIC - te imiona !] Schwarza, szefa związku wałowego i właśnie to nazwisko pojawia się na stelach.



Johann Ernst Schwartz ( najprawdopodobniej królewski architekt/projektant z Nowego Dworu) i jego brat Peter
Front:
GRABMAHL DESZ EHBAREN
IOHANN ERNST
SCHWARTZ
KÓNIGL: TEUCHGESCHWORNETT
AUFF NEUHOFFEN
IST GEBOHREN ANNO 1715 D: 22 DECBR.
GESTORBEN ANNO 1802 D: 10 FEBR.
UND SEIN BRUDER
PETER SCHWARTZ
GEBOREN ANNO 1750 D: 25 FEBR.
GESTORBEN ANNO 1797 D: 25 JULY
FUR SICH UND SEINE FAMILY.




 Tył:
STILL IST DAS GRAB
HIER HERRSCHT DIE VERWESUNG
UND KALTE FINSTERNIS
HIER RUE ICH SANFT
HARRE DER ERLÓSUNG
SIE KOMT GEWISZ
WEN EINST DIE HUGEL
ORDEM RICHTER BEBEN
DER UNSERM STAUBE GLANZ
UND OTHEM GIEBT
DEN WACH ICH AUFF
SEHE IN WONNE LEBEN
DEN MEINE SEELE LIEBT.

W bardzo wolnym tłumaczeniu :
Oto Grób jest 
gdzie Rozkład panuje
i Ciemność Zimna
Tutaj w Pokoju spoczywam,
Zabawienia oczekuję, które nadejdzie niechybnie
Najpotężniejszy Osądzonym będzie
i w proch powędruje.
Moja Dusza obudzi się
do życia w Błogości.


Stela syna Johanna Ernsta Schwartza - Petera Schwartza (zarządcy majątku z Kwidzyna)
Front:
HIER RUHEN IN GOTT
DIE GESEINE DES EHBAREN
PETER SCHWARTZ
GEWESENER GROSSDORFER
IN MARIENWERDER
IST GEBOREN ANNO 1778
D: 31 IANUARY
UND GESTORBEN ANNO 1798
D: 3 JULY
DESZ TEUCH GESCHWORNEN
IOHANN ERNST SCHWARTZ
VON NEUHOFFEN ELSTER SOHN
FUHR SICH UND SEINE ERBEN

Tył:
HIER RUHT
 IN SEINEM GOTT
 VON ALLER NOTH
 UND SCHMERTZEN
 DURCH EINEM
 SEELGEN TODT
BEFRE UNDT
 AN JESU HERTZEN







sobota, 9 czerwca 2018

Historia pewnego zakazu. Krzywe Koło.

Krzywe Koło - miejscowość ma Żuławach, której historia "pisana" sięga średniowiecza i tradycyjnie dla tych terenów powiązana z zakonem krzyżackim. Niemniej historia jaka miała miejsce w tych okolicach na pocz. XVIII wieku posiada swoje najgłębsze korzenie w dziejach starożytnego Rzymu, przeszło 2000 lat temu. Wtedy właśnie powstawały podwaliny prawa stojącego m.in. na straży moralności.

Państwo rzymskie w okresie republiki w warstwie społecznej składało się z 3 grup: patrycjuszy, ekwitów i plebejuszy. Ekwici (equites - jeźdźcy)) stanowili coś w rodzaju klasy średniej. Byli to kupcy, przedsiębiorcy, bankierzy. Wyróżnikiem statusu było posiadanie konia, noszenie złotego pierścienia i barwne oznaczenie tuniki. W zasadzie, ze względu na znaczne dochody i bogactwo jakie było w posiadaniu przedstawicieli tej kasty, nie mieli oni powodów do sporu z kastą rządzącą - patrycjuszami - a więc nie parli na wypracowanie jakiegoś szczególnie przychylnego dla nich prawa.
Patrycjusze (patricii - patres - ojcowie) byli tymi na górze. Uprzywilejowani i rządzący. Potomkowie arystokracji rodowej, która w okresie królewskim Rzymu posiadała prawa polityczne oraz wyłączność do obsadzania urzędów.
To Patrycjusze obsadzali stanowiska w senacie i sprawowali rządy w republice. Ich konflikt z warstwą plebejuszy doprowadził do powstania podwalin prawa w postaci Dwunastu Tablic. Od 445 roku p.n.e. dopuścili do aranżacji małżeństw z córkami [sic!] plebejuszy.
Plebejusze (plebei - plebs - lud) najniższa warstwa wolna wywodząca się z miejscowej ludności podbitych terenów lub ludność napływowa. Pomimo, że byli wolni nie mieli praw obywatelskich a więc pozbawieni byli wpływu na rodzaj rządów republiki. Rzemieślnicy, kupcy rolnicy i żołnierze.
Zrozumiałym jest że z czasem ta warstwa społeczna zaczęła się domagać większych praw w państwie. Od VI do III wieku p.n.e. trwał konflikt plebejuszy z patrycjuszami. Największymi osiągnięciami plebejuszy były: ustanowienie prawa dwunastu tablic z 449 r. p.n.e., zniesienie niewoli za długi, dostęp do urzędów (wykształcenie funkcji trybuna ludowego) i Lex Hortensia z 287 r. p.n.e., która dawała możliwość formułowania ustaw przez plebejuszy.

Korzenie historii zakazu lub nakazu z Krzywym kołem w tle sięgają właśnie do owych Dwunastu Tablic. Co prawda najstarsze regulacje ograniczające nadmierne wydatki prawdopodobnie obowiązywały jeszcze w okresie królewskim, za czasów panowania Numy Pompiliusza, który zakazał skrapiania stosów pogrzebowych winem, to jednak Dwanaście Tablic uznać należy za najstarszą kodyfikację prawa rzymskiego i jako takie przyjmować za podstawy. Prawo to zdecydowanie rozszerzyło przepisy ograniczające zbytek podczas ceremonii pogrzebowych (co ciekawe, to wiele wieków później, w okresie nowożytnym nakazami objęte zostaną głównie wydarzenie związane także z pogrzebami ale też z chrzcinami czy ucztami weselnymi). Rzymianom zabroniono umieszczania heblowanych brewion na stosie ciałopalnym, bogatego ubierania ciała zmarłego, namaszczania drogimi olejkami i powtórzono ograniczenie stosowania wina. Niedozwolone było również zatrudnianie płaczek i więcej niż 10 fletnistów. Nie dopuszczano do składania złota na stosie lub grobie.

Znamiennym jest fakt, iż pierwszymi znaczącymi ustawami antyzbytkowymi mającymi regulować życie Rzymian były regulacje dotyczące uczt. Począwszy od obowiązku spożywania posiłków przy otwartych drzwiach domu (sic!) a skończywszy na karach dla tych, którzy tylko przyjęli zaproszenia na zbyt wystawną ucztę.
Ciekawego spojrzenia na obowiązujące przepisy, z punktu widzenia obywatela rzymskiego, dostarcza nam wypowiedź Ryfiusa Albinusa zawarta w trzeciej księdze, siedemnastym rozdziale Saturnaliów Makrobiusza (Saturnalia Ambrozjusz Teodozjusz Makrobiusz, IV/V w.) Zainteresowanych tematem rzymskich ustaw antyzbytkowych odsyłam na początek do O rzymskich ustawach ograniczających wydatki na organizację uczt (Makrobiusz, Saturnalia 3,17)  Jarosława Rominkiewicza 

Przenieśmy się do późnego średniowiecza. Upraszczając, przyjmuje się, że konieczność regulacji antyzbytkowych pojawiła się wraz ze wzrostem znaczenia pieniądza w gospodarce.


Proponuję zapoznać się z fragmentami artykułu Stanisława Estreichera Ustawy przeciwko zbytkowi w dawnym Krakowie opublikowanym w Roczniku Krakowskim t.1 w roku 1898.

Potępienie nieopatrznego zbytku, którego prawodawczym wyrazem są liczne ustawy miast średniowiecznych, jest jako postulat religijnej etyki daleko starsze, akcentuje je bowiem kościół już od początku średnich  wieków, a nawet sięgając w głąb można wykazać, że i tutaj świat  średniowieczny nawiązał tylko do tradycyi przekazanej mu przez
cywilizacyę klasyczną. Wyuzdany zbytek i wystawność uczt, przepych w strojach, barbarzyńskie zamiłowanie w przekraczaniu wszelkiej miary użycia przy zdarzających się od czasu do czasu sposobnościach, były przedmiotem ostry cli potępień i ubolewań ze strony niejednego z filozofów i satyryków rzymskiego świata.
 [...]


Jedną z cech odróżniających zasadniczo religię chrześcijańską od ogółu dawnych wierzeń pogańskich, jest też jej stanowisko względem zbytku. Religia chrześcijańska podnosi od początku z niesłychaną energią zasadę społecznej funkcyi, jaką mają mieć bogactwa, a pisarze kościelni  wyciągają z tej zasady wszelkie konsekwencye z całą ścisłością. „Kto posiada nad miarę, ten posiada rzecz będącą własnością drugiego", głosi święty Augustyn. Pisma Tertulliana, św. Ambrożego, św. Chryzostoma pełne są szczegółowych wywodów podnoszących potrzebę zarzucenia przesadnych, rafinowanych strojów, zbyt wielkiej liczby służby domowej, hucznych uczt i zabaw). Za ich nawoływaniem idzie ustawodawstwo kościelne, które od najwcześniejszych czasów podejmuje walkę z objawami zbytku, wkraczając we wszelkie dziedziny życia codziennego (zwłaszcza co się tyczy kleru), podobnie, jak to niegdyś czyniła cenzura obyczajów w Rzymie lub „leges sumptuariae" świata klasycznego. [...]
Co się zaś tyczy świeckich to Kościół katolicki zwraca się przeciw zbytkowi w ich ucztach i zabawach, nie tylko jako przeciw złemu  sposobowi używania zasobów i bogactw, ale przedewszystkiem jako przeciw pozostałości starego, pogańskiego porządku rzeczy. Można powiedzieć nawet, iż punkt widzenia obrzędowo-religijny góruje u początku średnich wieków ponad punktem widzenia etyczno-moralnym. Obrzędy weselne, pogrzebowe ofiarne, kalendarzowe — które niegdyś stanowiły najczęstszy pretekst nieumiarkowanych wybuchów żądzy użycia — nie zostały albo wcale, albo też tylko powierzchownie schrystyanizowane. Branie w nich udziału piętnuje też kościół, jako trwanie w błędach pogańskich a koncylia zagrażają za to opornym surowemi karami kościelnemi. [...]
Rozbicie państwa frankońskiego stanowi punkt zwrotny w rozwoju pojęć o zadaniach władzy zwierzchniej, zwłaszcza o ile chodzi o północno- zachodnią część dawnej monarchii. Na południu, a nawet i we Francyi, tradycye wyrobione w państwie Karola W. przechowują się daleko czyściej i trwalej. Zwrot do pojęć i urządzeń prawnopublicznych rzymskich, który w ustawodawstwie Karola Wielkiego tak wybitnie wystąpił, zyskuje we Włoszech w tym czasie coraz to więcej na sile, dzięki powstaniu cywilizacyi miejskiej. To, co dotąd było ideałem, może tam nabrać w jednej chwili praktycznego znaczenia, i nieraz nawet mimo woli czynników do działania powołanych, wciela się w życiu codziennem. Stosunki miejskie, których podwaliną jest handel, przemysł, gospodarstwo pieniężne, stają się też szybko gruntem, na którym odrodzona umiejętność prawa rzymskiego nie tylko teoretycznie bujnie rozkwita ale także znajduje praktyczne zastosowanie. Wpływ etyki chrześcijańskiej i wpływ prawnopublicznych idei rzymskich krzyżują się w miastach włoskich XI i XII wieku, aby ułatwić wytworzenie instytucyi i prawa, które niebawem cała Europa naśladować pocznie. 
Prawa, zbytkowe miejskie są właśnie jednym z takich oryginalnych wytworów średniowiecznego życia miejskiego, pomimo, że w nich to  skrzyżowanie dwóch wpływów jasno na jaw występuje. Są one oryginalnym wytworem średniowiecznym, bo wywołały je potrzeby ewolucyi ekonomicznej właściwej ostatniej epoce średnich wieków, nie zostały też w miastach sztucznie ludności narzucone, ale powstały siłą rzeczy, wytworzone  koniecznością gospodarczą. Da się w nich odszukać wpływ Kościoła, bo Kościół głosił pierwszy i stanowczo już od dawna potrzebę walki ze zbytkiem oraz z sakralnymi przeżytkami dawnych religii, a właśnie w tym kierunku zwraca się — zrazu przynajmniej — ich ostrze. Stoją w bliskiej łączności z odrodzeniem prawa rzymskiego, bo stamtąd zapożyczają prawodawcy miejscy ideę tak potężnej władzy zwierzchniej, iż może ona wglądać i  ograniczać'' prywatną działalność jednostki. Całe prawo karne, cała policya obyczajowa, cała działalność Rady miejskiej jest właśnie ujarzmieniem  indywidualizmu ze względów na dobro całego związku, ujarzmieniem szerokiem i logicznie przeprowadzonem, którego prawa zbytkowe okazują się tylko drobnym ułamkiem. 

Zgłębiając się dalej w powyższe źródło dowiadujemy się, że pierwsze prawa wymierzone w zbytek pojawiają się pod koniec XII wieku we Włoszech, by następnie przenieść się na grunt francuski i niemiecki. Myślę, że na przykładzie rozprzestrzeniania się tychże ustaw, prześledzić można pojawienie się nowej warstwy w świecie feudalnym - warstwy średniej reprezentowanej przez mieszczan i kupców. Jest to również początek zanikania wyraźnego podziału społeczeństwa feudalnego opartego na tym kto ma a kto nie ma pieniędzy. Zarządzenia antyzbytkowe do Polski dotarły, poprzez miasta Śląska, ze wschodnich Niemiec i te zachowane datują się na XIV wiek. Przykładem takiej ustawy wprowadzonej na Śląsku był przywilej praw wrocławskich dla miasta Brzeg z roku 1292 wydany przez księcia wrocławskiego Henryka V, który do historii wszedł pod przydomkiem Brzuchaty.

Najstarsza ustawa, która miała przeciwdziałać obnoszeniu się z bogactwem wydana w Krakowie, pochodzi z 1336 roku. Jest to uchwała rajców i starszych, przedstawiona Kazimierzowi Wielkiemu do zatwierdzenia. Kazimierz Wielki zaaprobował ją i ogłosił. Regulowała ona zaręczyny, wesela, chrzciny i wywodziny. W 1342 roku została uzupełniona o przepisy regulujące hazard, a w zasadzie zakazujące gier o wysokie stawki.


Kazimierz Wielki   
                          
Kolejny wilkierz regulujący powyższe kwestie wydany został przez Radę Krakowa w 1378 roku i wzbogacony został o przepisy dotyczące ubioru mieszczek krakowskich. Treść jego znamy tylko z dość niedokładnego przekładu Ambrożego Grabowskiego.
Można powiedzieć, że dalej to już poleciało samo. Tendencje do obnoszenia się ze swoim bogactwem czy majątkiem w narodzie pozostały do dzisiaj, mimo ustanawianych praw i surowych kar. Znane są kary, zwłaszcza za nałogowy hazard, polegające na wygnaniu z miasta (wyświecenie) czy nawet kara na gardle. Dodać należy, że karze podlegali nie tylko gracze ale też właściciele przybytku, gdzie gry się odbywały.

Polecam ciekawą lekturę w tym temacie: Estreicher Stanisław Ustawy przeciwko zbytkowi w dawnym Krakowie, Rocznik Krakowski, t.1. 1898 r. - do znalezienia w bibliotekach cyfrowych.

Śledząc treść poszczególnych ustaw jakie pojawiały się w miarę rozwoju społeczeństw miejskich w Europie i w Polsce, można się zastanowić jaki był ich głębszy sens. Jako pierwsze rzuca się w oczy oczywiście zawiść lub zazdrość, szczególnie osób ustawionych wyżej w hierarchii, które pomimo swej pozycji miały mniej niż obrotny kupiec chwalący się swoim majątkiem. Ale czy tylko to?
Ustawy antyzbytkowe w Królestwie Polskim obejmowały nie tylko ubiór, jak choćby przepisy dotyczące mundurów wojewódzkich za czasów Jana III Sobieskiego (notabene były one tylko zaleceniami i zdarzało się, że według tychże zaleceń szyto ubiór na modę zachodnią, którą to miały tępić - [sic] Marszałek Sejmu Czteroletniego Stanisław Małachowski w barwach munduru krakowskiego).
Ustawy antyzbytkowe także obejmowały kosztowności, materiały i żywność np: konfitury czy też wino francuskie. W momencie, w którym wino właśnie stało się wyznacznikiem pozycji i luksusu automatycznie zyskało dla mieszczan status owocu zakazanego. Przepisy dotyczące wina zawarto w ordynacjach antyzbytkowych jakie wydano dla takich uroczystości jak wesela, chrzciny czy pogrzeby (stypy). Regulowano (reglamentowano) spożycie win węgierskich, reńskich, śląskich i na końcu francuskich. Na końcu, bowiem wina te po "doprawieniu" ich przez Holendrów, stanowiły najpodlejszy trunek zarezerwowany dla służby lub np: tragarzy zwłok podczas pogrzebu.

Badacze tematu tacy jak Stanisław Salomonowicz do powodów jakie leżały u źródeł społecznej reglamentacji zaliczył 4 powody (podaję za Edmundem Kizikiem):
1. Aspekt społeczno - prawny - ordynacja pogrzebowa miała na celu ochronę majątkową spadkobiercy, na którym spoczywał ciężar organizacji ceremonii pogrzebowej. Ordynacja ustawiając nisko pułap dozwolonych wydatków chroniła nienaruszalność spadku. Znaczenia nabierała szczególnie w przypadku gdy zmarły pozostawił po sobie długi. Dodatkowo chroniła niejako  przed presją otoczenia.
2. Aspekt moralno - religijny - świeckie prawo nawiązujące do prawa religijnego piętnującego grzechy główne: Gulae, obżarstwo i pijaństwo w czasie uroczystości, Superbiae, zarozumialstwo i wywyższanie się ponad stan, Avaritiae, chciwość, Desidiae, lenistwo,uchylanie się od pracy z powodu święta, Invidiae, zawiść, zazdrość. (myślę, że i pozostałe grzechy chrześciaństwa by się tutaj zmieściły)
3. Aspekt społeczno - prawny - utrzymanie określonego porządku pomiędzy istniejącymi wówczas podziałami stanowymi, klasowymi.
4. Aspekt administracyjno - porządkowy - uporządkowanie przebiegu całej uroczystości: pory dnia, czasu na odbycie uroczystości, ustalenie obowiązkowych opłat i skoordynowanie działań całego zaplecza uroczystości.
W dużych społecznościach mieszczańskich na plan pierwszy wybijały się zdecydowanie aspekty organizacyjne

W XVI i XVII wiecznym Gdańsku sytuacja związane z ordynacjami antyzbytkowymi miała jeszcze jeden, ciekawy rys powiązany z naukami Lutra. Pamiętać bowiem trzeba, że ówczesne miasto zdominowane było przez protestantyzm a moralność protestancka ukształtowana została pod wpływem  nauk m.in. Marcina Lutra.


W myśl tych nauk małżeństwo stanowiło nałożony przez Boga obowiązek. Związek małżeński był koniecznością osobistą jak i stanowił podstawę dobra całego społeczeństwa. Odrzucenie celibatu przez przywódców reformacji i konieczność małżeństwa - wypełnienie prawa Boskiego na Ziemi - zostało wskazane jako stan pożądany i naturalny.
[...] Rozwinięta została przy tym odmienna niż w katolicyzmie teologia małżeństwa. Marcin Luter dostrzegł jego miejsce w królestwie ziemskim, w którym człowiek kieruje się nie tylko stanowionym z Bożej woli prawem, ale także afektami, i które tym samym naznaczone jest grzechem. Małżeństwo stanowi wszelako nałożony przez Boga obowiązek [...] swoisty lek na ludzką niedoskonałość, instytucję chroniącą przed pokusą rozpusty. Zyskało ono w opinii luteran rangę jednego z filarów porządku ziemskiego i Boskiego. Kalwinizm przejął wiele założeń głoszonych przez zwolenników Lutra, przedstawiciele obu obozów reformacji podkreślali rolę władz świeckich w narzucaniu norm moralnych. Nadzór nad instytucją małżeństwa znalazł się tym samym w zakresie jurysdykcji świeckiej, egzekwującej prawo zgodnie z wolą Boga. Formuła taka została przyjęta także w Gdańsku. Jako "naturalny fundament ładu społecznego", małżeństwo było wymagane prawem. Kompetencje w tym obszarze należały do sądu wetowego, dotkliwymi karami finansowymi nakłaniającego kawalerów do zmiany stanu.
Wobec powyższego nie może dziwić, że w poł. XVI, XVII i XVIII - wiecznym Gdańsku wprowadzono szereg ustaw antyzbytkowych ściśle regulujących uroczystości wesel, chrzcin i pogrzebów. Dla władzy świeckiej a więc Rady Miasta było to kwestią moralną i religijną.


Mężczyzna stanu wolnego (kawaler bądź wdowiec), upatrzywszy odpowiednią dla siebie pannę lub wdowę, podejmował działania mające na celu zdobycie ręki wybranki. Istotną kwestią było dokonanie m.in. wzajemnych ustaleń odnośnie statusu majątkowego partnerów, charakteru ich przyszłego wspólnego uposażenia, wydzielenia części dóbr z majątku rodziców oraz – co szczególnie istotne w przypadku wdów bądź wdowców obdarzonych potomstwem z pierwszego związku – zabezpieczenie praw osób trzecich. Przy ustalaniu warunków matrymonialnego kontraktu korzystano z pośrednictwa swatów („Gute Männer“). Z uczuciami młodych par zamożne rodziny mieszczańskie na ogół się nie liczyły. [...] Po przyjęciu konkurów i dyskretnym ustaleniu kwestii majątkowych potwierdzonych intercyzą, przystępowano do zaręczyn – złożenia przez strony przyszłego związku małżeńskiego aktu wzajemnego przyrzeczenia dochowania wypertraktowanych warunków (źródłowe „Verlobnis“). Za najbardziej odpowiednie miejsce do zawarcia umowy narzeczeńskiej uważano kościół parafialny. Publiczny charakter zaręczyn umożliwiał rodzicom sprawowanie kontroli nad nieroztropnymi narzeczonymi oraz nad dobrami, które przeznaczyli dla przyszłych, niedoświadczonych życiowo nowożeńców.[...] Akt zawarcia narzeczeństwa tradycyjnie przypieczętowywano wspólnym biesiadowaniem. Ogłaszane wielokrotnie w gdańskich ordynacjach antyzbytkowych ograniczenia, a następnie zakazy dotyczące owego zwyczaju nie doprowadziły jednak do jego faktycznego wyeliminowania. Również osiemnastowieczna rewizja porządku weselnego z 1734 r. w artykule pierwszym nie odstąpiła od tych obostrzeń. Pod karą 50 talarów zakazano narzeczonemu urządzania domowych przyjęć oraz zwyczajowego wysyłania do krewnych i przyjaciół służby z koszami wypełnionymi jedzeniem, przy wtórze muzyki. [...] Miasto nad Motławą pod względem ogłaszania owych rozporządzeń nie stanowiło wyjątku na tle Starego Kontynentu doby XVI-XVIII w. Cała Europa tego czasu dostrzegała w podobnych rozwiązaniach prawnych – przenikających sferę publicznej konsumpcji żywnościowej i artystycznej (usługi literackie, muzyczne itp.) – receptę na poprawę społeczeństwa oraz sposób na kreowanie pozytywnych postaw konsumpcyjnych. Opasłe księgi Sądu Wetowego w Gdańsku ukazują szczegółowe protokoły z setek procesów z publicznego oskarżenia przeciwko mieszkańcom, którzy winni byli nieprzestrzegania miejscowych ustaw porządkowych przeciwko zbytkom weselnym, chrzestnym oraz pogrzebowym. Ustawodawcy w wielu wypadkach osiągali założony cel: winni zbytku i luksusu, domniemanego wywyższania się w obecności współmieszczan, grzechów nieumiarkowania w jedzeniu i piciu oraz marnotrawienia pieniędzy zostali postawieni pod pręgierz opinii publicznej i przykładnie ukarani.

Istniał jeszcze jeden aspekt uroczystości weselnych, wypływający ze zmian moralno-religijnych wprowadzonych przez reformację. Jednym z ważniejszych celów reformacji było nadanie lub przywrócenie religijnego charakteru świętom i "dniom świętym" czyli także niedzieli. Rzecz zawierała się w koncepcji, że dzień święty należny całkowicie poświęcić Bogu i przeżyciom religijnym. Wyprawianie więc "imprez" w te dni było wysoko nie wskazane z powodów np: łamania przykazań dotyczących umiaru w jedzeniu i piciu (pijaństwo). Tak więc przesunięto dostępne terminy na dnie powszednie - dla Gdańska, najczęściej były to poniedziałki i soboty (dla wesel, z wyłączenie Adwentu i Wielkiego Postu)
O sakralnym charakterze niedzieli przypomina również kolejna redakcja ordynacji weselnej (1734). W artykule drugim zakazuje urządzania uroczystości weselnych w niedzielę i święta kościelne pod karą grzywny 50 talarów. „An Sonn- und gantzen Fest-Tagen sollen hinführo keine Hochzeit-Mahle angestellet werden, bey 50 Rthlr. Straffe es wäre denn daß die Dürftigkeit der Persohnen eine moderation erforderte“. Neue-Revidirte Hochzeit- Tauff- und Begräbniß-Ordnung der Stadt Dantzig. Aus Schluß Sämbtlicher Ordnungen ausgefertiget und publiciret den 29. October Anno 1734. Danzig 1734, cyt. za: E. Kizik: Wesele, kilka chrztów i pogrzebów…,
 Piotr Kociumbas                   



W nowożytnym Gdańsku organizowano trzy rodzaje wesel. Patrycjuszowskie wesela duże, zwane od podawanego na nich wina „Weinhochzeiten“, obsługiwane były przez muzyków Rady Miasta. Obie osiemnastowieczne ordynacje określiły tu liczbę biesiadników na 24 do 30 osób. Wesela rzemieślnicze (od 16 do 20 osób), podczas których grali muzycy cechowi, organizowali głównie przedstawiciele nieuczestniczącego bezpośrednio w sprawowaniu władzy pospólstwa. Urządzane przez chlebodawców weselne biesiady plebejskie (wg ustawodawcy do 14 osób) przysługiwały przede wszystkim służbie. Unormowania te nie zaliczały w poczet gości domowników, rodziców, dzieci, rodzeństwa i kaznodziei. Jak wynika z powyższego, liczba zapraszanych gości zależna była od społecznego statusu organizatorów uroczystości.
 Piotr Kociumbas        

          
Temat regulacji antyzbytkowych jest niezwykle rozległy i jednocześnie pojemny. W zasobach internetu można odszukać morze informacji w tym temacie. Przejdźmy więc do wydarzenia, które niejako przeszło do legendy a miało miejsce w 1700 roku.

Do dzisiejszych czasów dotrwał opis wesela (niestety nie dotarłem do źródła) jakie urządził młody Michał Bewerstein (Biberstein), w Krzywym Kole właśnie w 1700 roku. Michał był prawdopodobnie synem sołtysa  w Krzywym Kole - Andreasa Biebersteina zmarłego w 1693r.
Wydarzenie ze względu na swoją skalę, rozmach i być może swoistą obrazoburczość, trafiło do zapisków prywatnych - do zapisów urzędowych trafiło niewątpliwie ze względu na karę jakiej poddać się musiał pan młody.
Pogwałcił on bowiem wszystkie zakazy władz miejskich Gdańska, tzw ustawy antyzbytkowe dotyczące wesel i innych uroczystości jak i prawa religijne.
Tak więc na początek: wesele nie mogło zgromadzić więcej niż 48 osób razem z gospodarzami oraz nie mogło trwać dłużej niż 2 dni.
Michał Biberstein zaprosił 455 par [SIC!] a cała impreza zaczęła się we wtorek przed środą popielcową a koniec nastąpił już podczas postu, więc było to grupo ponad 2 dni. 
445 par a więc 890 osób ! A przecież nie przyjechali sami. Doliczyć należy służbę. Dodatkowo w tamtym okresie podróżowało się konno, więc doliczyć należy pokaźny tabun zwierząt pociągowych. Podejrzewam, że całość sprawiało wrażenie inwazji jakiegoś wojska na senną wioskę na Żuławach. Trzeba było wyżywić i oporządzić nie tylko ludzi ale też zwierzęta.
Tak więc dalej - zestawienie produktów zakupionych na wesele:

  • 45 funtów korzeni i przypraw (ok. 18-19kg)
  • 15 kamieni ryżu (przyjmuję polską jednostkę miary pochodzącą od kamieni stanowiących część żaren 1 kamień = 12,96 kg, 15 kamieni = 194 kg
  • 12 kamieni śliwek
  • 5 wołów
  • 165 cieląt
  • 45 jagniąt
  • 100 par kapłonów (wykastrowany i utuczony kogut)
  • 145 par gołębi
  • 60 zajęcy
  • 55 świń
  • 600 karpi
  • łaszt pszenicy i 2 łaszty żyta na sam chleb (1 łaszt = 3000-3840 litrów; 1m3 pszenicy to ok. 800kg czyli 3 łaszty po ok. 3400 litrów daje 2,7 tony zboża)
  • 16 fas wismarskiego piwa (z Wismaru)
  • 10 beczek piwa elbląskiego
  • 36 beczek piwa gdańskiego
  • 4 oksefty francuskiego fina (1 okseft = ok. 210 litrów; warto zapoznać się ograniczeniami handlowymi z tamtego okresu a dotyczącymi wina francuskiego właśnie)
  • ciastka i słodycze - wydatki rzędu 344 florenów
  • muzykanci - 300 florenów
  • nie liczono masła, owsa (karma dla koni?), słoniny, sieczki (konie?) i innych drobiazgów
W sumie - 6034 floreny i 15 groszy - dodatkowo 1000 grzywien kary

Sumę jaką pochłonęła ta impreza można porównać do niespełna 1000 grzywien jakie zostały wydatkowane na pobyt króla Władysława IV wraz z dworem w Steblewie w 1636 roku.

Tru­dno oprzeć się wrażeniu, że w oczach otoczenia mogło to być wesele iście królewskie, skoro przetrwało ono w pamięci i zapiskach. Tenże pan młody przeniósł się z czasem do Gdańska i zmarł tu w połowie XVIII w. jako mieszczanin i dzierżawca folwarku w Grabinach.



Z córką Michała Biebersteina - kupca, dziedzicznego sołtysa w Krzywym Kole i mieszczanina gdańskiego Anną ożenił się burmistrz Gdańska Carl II Groddeck (ten sam, którego imieniem nazwano skrzyżowanie Alei Armii Krajowej, ul. 3 Maja i ul. Biskupiej w Gdańsku). 











Na koniec opis wsi, zdawałoby się, że niepozornej lecz jeszcze dzisiaj kryjącej wiele ciekawostek i tajemnic.


Kriefkohl (znany także jako Grybekole, Krievkoll, Kribekohl, Kriffkohl, Kriefkohl, obecnie znany jako Krzywe Koło, współrzędne: 54.18123, 18.77825 [54 ° 10 '52 "N, 18 ° 46' 41" E)
Krzywe Koło zostało lokowane na mocy przywileju lokacyjnego w 1363 roku przez wielkiego mistrza Winrycha von Kniprode na prawie chełmińskim. Bardzo szybko wchłonęło osady Schönewese i Friewalde. (od 1310 własność krzyżacka komturii gdańskiej).
Od 1454 roku własność miasta Gdańska (skutek powstania Stanów Pruskich, przyłączenia Prus do Korony i wojny 13 - letniej).
Od 1793 własność skarbu pruskiego (rozbiory), od 1807 ponownie własność Gdańska, 1814 - skarb pruski, 1920 - Wolne Miasto Gdańsk.


W 1820 roku na 323 mieszkańców we wsi czwórka była wyznania mennonickiego. W 1885 wieś miała 3961 mórg ziemi, 30 domów zamieszkałych przez 560 osób, w tym 5 mennonitów.

Nazwa wsi Krzywe Koło najprawdopodobniej pochodzi od zakoli Motławy, która przed uregulowaniem mocno meandrowała w tych rejonach.

W Krzywym Kole na uwagę zasługują dwa obiekty: dom podcieniowy oraz kościół pw. Znalezienia Krzyża Świętego.



Dom podcieniowy w Krzywym Kole zbudowany został na początku XIX wieku, Rekonstrukcji doczekał się w latach 1978-79. Konstrukcja domu jest murowano - drewniana z wystawką ryglową wypełnioną cegłą. Szczyty głównej części budynku są drewniane. Wystawka wsparta jest o cztery kolumny i ryglowe ścianki boczne. Umieszczona jest w centralnej części ściany frontowej. Wnętrze znacznie przekształcone i nie przypomina już pierwotnego układu pomieszczeń charakterystycznych dla domów podcieniowych. Obecnie w budynku znajduje się Środowiskowy Dom Pomocy Caritas (Centrum Caritas im. bł. Matki Teresy z Kalkuty).



Kościół pw. Znalezienia Krzyża Świętego w Krzywym Kole został zbudowany w XIV wieku i przebudowany w latach 1685-86. Jednonawowa świątynia została wzniesiona na planie prostokąta,  z wieżą od strony zachodniej, do której przylega kruchta. Szkieletowa, obłożona łupkiem wieża wzniesiona w 1747 roku, wtopiona w dach, została przykryta strzelistym, ośmiobocznym hełmem zwieńczonym kulą i chorągiewką. W wieży znajduje się dzwon z 1839 roku oraz zabytkowy, nakręcany i działający mechanizm zegarowy. Od południa do świątyni przylega zakrystia dobudowana w II połowie XIX wieku. W jej szczycie osadzono kamienny herb Gdańska z prawie niewidoczną datą 1686. Wschodnią ścianę oraz kruchtę zdobią schodkowo-blendowe szczyty. W ścianach od północy i południa wmurowane są kule armatnie.

Nad boczną przybudówką, w której mieści się zakrystia, znajduje się kamienny kartusz z herbem Gdańska i datą 1686. Nie jest to jedyny kościół z takim herbem. Inne to kościoły w Koźlinach, Trutnowach czy Kiezmarku.  Pamiętać należy bowiem, że znajdujemy się na Żuławach Gdańskich a więc ziemia ta należała do Gdańska. W tamtych czasach Rada miasta miała również prawo patronatu nad parafiami na obszarze od niej zależnym. Stąd owe herby i choćby też fakt przejęcia parafii przez protestantów w połowie XVI wieku.



Kolejnymi elementami, które zwracają na siebie uwagę w "wystroju zewnętrznym" budowli są kamienne kule armatnie. Domniemywać można, iż użyto ich podczas remontu kościoła zakończonego po potopie szwedzkim w 1686 roku.




Podziwianie bryły budowli od zewnątrz zakończyć można bliższym przyjrzeniem się wieży. Została ona obudowana misternie zamocowanym łupkiem, w taki sposób aby stworzyć na powierzchni nim pokrytej wzór. Technika krycia łupkiem ścian, czy dachów zasługuje na uwagę głównie z dwóch powodów. Pierwszy to koronkowa wprost metoda mocowania i krycia powierzchni a więc i wzory jakie da się uzyskać a drugi to fakt, iż surowiec sprowadzano z bardzo daleka. Odległości sięgać mogły nawet kilkuset kilometrów.



Łupek dachowy jest określeniem ogólnym dla różnego rodzaju łupków czyli surowców skalnych, używanych na pokrycia dachów. Zazwyczaj były to ( i są nadal, ponieważ obecnie także jest dostępny w handlu) słabo zmetamorfizowane skały (naturalny proces przekształcenia jednego rodzaju skały w drugą pod wpływem ciśnienia i temperatury), zawierające ziarna kwarcu, jasne łuszczyki oraz materiały ilaste, czasem z domieszką Chlorytu. Najistotniejszymi cechami łupków są: łatwa podzielność, podatność na cięcie i wykonywanie otworów, mała porowatość i nasiąkliwość, twardość, mrozoodporność. Kolor łupków zależny jest od występujących w nim domieszek. I tak: substancje węglowe nadają czerni, jasny łuszczyk przydaje srebrzystoszarości, chloryt - zieleni,  zaś tlenki żelaza prowadzą ku czerwieni. Więcej w temacie tutaj.


Wnętrze kościółka zaskakuje i zachwyca, ale zanim damy się wciągnąć mnogość szczegółów i znaczeń, warto postarać się o objęcie okiem całości posadzki. Zauważyć można wtedy rzecz charakterystyczną dla wielu kościołów na Żuławach - posadzka jest tak ułożona, aby powstał spad od ołtarza w kierunku wyjścia. W czasie powodzi częstych na tym terenie ułatwiało to znacząco usuwanie wody wnętrza budowli.
Wchodząc do wnętrza świątyni przenosimy się do innego świata. Do świata, w którym bogaci właściciele ziemscy (nazywani Sąsiadami - tłumaczenie z określenia niemieckojęzycznego) dyktowali warunki życia na Żuławach. Do świata z wyraźnie wyznaczoną hierarchią społeczną, uwidocznioną w wystroju kościoła jaki i rozlokowaniem wyposażenia. A więc: po lewej stronie w wysokich, zdobionych stallach zasiadało 13 najmajętniejszych Sąsiadów, a wśród nich sołtys. Za plecami każdego, na oparciu wymalowano obraz przedstawiający jednego z apostołów plus wizerunek Jezusa. Na górze oparcia, złotą farbą wymalowany widnieje znak, gmerk, oznaczający dany ród lub majątek ziemski.




Tymi samymi gmerkami oznaczono miejsca, które zajmowały żony bogatych gospodarzy. Ich oparcia stalli ozdobiono wizerunkami Maryi Panny i innych kobiet znanych z biblii. 














W niższych ławkach, pośrodku kościółka siedziała młodzież, oczywiście ta bogatsza. Ich ławki również opatrzono gmerkami. Reszta, czyli mniej zamożni i po prostu biedni stali z tyłu. 
Na wyposażenie składają się oczywiście jeszcze stałe elementy świątyni czyli: mała ambona, konfesjonał, niepozorny ołtarz i chór z emporami. Co ciekawe wszystkie te zdobienia i obrazy przez długi czas znajdowały się pod warstwą farby i dopiero prace konserwatorskie wyciągnęły je na światło dzienne.






- Nie spodziewaliśmy się, że w czasie renowacji dokonamy aż takiego odkrycia. Naszym oczom ukazały się pełnowymiarowe obrazy biblijne datowane na 1687 rok - mówi ks. Krzysztof Zdrojewski, proboszcz parafii Matki Boskiej Różańcowej w Koźlinach.
Mały kościółek pw. Znalezienia Krzyża Świętego w Krzywym Kole, będący filią parafii w Koźlinach, ma swoją długą i ciekawą historię. Powstał najprawdopodobniej w XIV wieku. Od tamtego momentu świątynia wielokrotnie zmieniała swój wygląd – była przebudowywana, zmieniano układ ław w zależności od gustów i aktualnej posługi duszpasterskiej.
Ziemie, na których znajduje się kościół, także mają swoją historię, bardziej burzliwą niż sama świątynia. Bo nawet podczas wojen polsko-szwedzkich, kiedy to w latach 50. XVII wieku Szwedzi nałożyli na wioskę potężną kontrybucję, malutki kościół piękniał. – Nie można powiedzieć, że był to wiek sielankowy dla ziem i ludności, tym bardziej powinien fascynować rozmach, z jakim wyposażono wówczas kościół – uważa ks. K. Zdrojewski.
Rozpoczęte w na przełomie maja i czerwca zeszłego roku prace konserwatorskie doprowadziły do zaskakujących odkryć. Pod zdjętą warstwą farby na drewnianej stalli, czyli ławie z klęcznikiem, ukazały się piękne obrazy i zdobienia. – Jesteśmy świadkami odsłonięcia pierwotnej, XVII-wiecznej warstwy malowideł. Oczywiście, nie było tak, że nie wiedzieliśmy, że pod farbą coś się znajduje. Domyślaliśmy się, bo pod przemalowaniami było częściowo widać przebijające kształty figuralne – mówi proboszcz. Jednak nikt nie spodziewał się, że będą to pełnowymiarowe biblijne obrazy.
– Nie spodziewaliśmy się, że na drzwiczkach prowadzących do ław odkryjemy malowidła, które, jak wskazuje data, pochodzą z 1687 roku, a kunszt, z jakim zostały namalowane, pozwala przypuszczać, że wykonywali je mistrzowie w swoim artystycznym fachu – wyjaśnia ks. Zdrojewski. Malowidła najprawdopodobniej powstały w warsztatach gdańskich, gdzie dbano o najwyższy malarski poziom. – To widać gołym okiem, jak znakomici byli ci artyści. Tu nie ma przypadkowych pociągnięć pędzla. Wszystko jest dokładnie przemyślane – mówi kapłan.
Odnowiona stalla to dopiero początek konserwatorskich zmagań. – Jesteśmy na etapie zabiegania o kolejne dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pierwsze otrzymaliśmy po 2 latach starań i przy dodatkowym wkładzie własnym mogliśmy zabrać się do pracy. Teraz liczymy, że wsparcie finansowe z ministerstwa również się pojawi i uda się okryć kolejne malowidła na pozostałych stallach. Policzyliśmy, że w sumie będzie to 20 obrazów – mówi ks. Zdrojewski.
Niestety, w najgorszym stanie są te ławy, na których jest najwięcej malowideł. – Ten fatalny stan wynika ze zniszczeniem belek bazowych, na których ławy spoczywają, jednak, jeśli kiedyś uda się odrestaurować cały kościół, a raczej kaplicę, jak nazywany był w ciągu stuleci, to będzie ją można śmiało nazwać Mały Wersalem Ziemi Żuławskiej – zapewnia proboszcz.

Z <http://gdansk.gosc.pl/doc/2916003.Maly-wersal-na%20zulawach>















 
Barokowy ołtarz główny pochodzi  z 1687 roku i w głównym polu przedstawia ukrzyżowanie oraz w podstawie złożenie do grobu. Nastawę ołtarza wieńczy szczyt z rzeźbą Chrystusa. Z tego samego okresu pochodzi również ambona, konfesjonał oraz stalle. Z XVIII stulecia pochodzi drewniana chrzcielnica, a prospekt organowy z XIX wieku. Wzdłuż ściany bocznej biegnie empora łącząca się z chórem na ścianie zachodniej. W okresie reformacji kościół należał do ewangelików, a katolicy należeli do parafii w Giemlicach. W 1972 roku odnowione zostało wnętrze kościoła oraz wyremontowano dach.

W temacie organów kościólka:

Organy w Krzywym Kole to dzieło Friedricha Rudolfa Dalitza, pod względem technicznym zachowane nieźle: - jest wiatrownica, oryginalne miechy, wyciągi rejestrowe oraz tabliczki z nazwami rejestrów. 
Interesujący jest pulpit nutowy dla kalikanta, na którym mógł on sobie postawić śpiewnik! 
Zachowały się jedynie 2 piszczałki drewniane, z tego jedna poważnie uszkodzona. 
Widziałem ten obiekt w 2009 r. Renowacja byłaby absolutnie bezproblemowa: wystarczającą ilość materiału porównawczego dostarczyłyby inne instrumentu Dalitza zachowane w Różynach (1787, jest część piszczałek metalowych), Osicach (1761, piszczałki frontowe to drewniane atrapy, brak wszystkich piszczałek wewnątrz szafy, są relikty głosu językowego), Stegnie (1800, są tam oryginalne piszczałki frontowe). Menzury piszczałek można poza tym odtworzyć na podstawie zachowanych bardzo precyzyjnych pomiarów piszczałek organów Dalitza z kościoła Bożego Ciała w Gdańsku, które sporządzone zostały podczas ewakuacji tamtejszego instrumentu w 1943 r. 
Do listy trzeba dodać jeszcze organy w Koźlinach (1750), będące tzw. Probstück (czyli dziełem egzaminacyjnym) Dalitza, wykonywanym jeszcze w ramach jego pracy w warsztacie Hildebrandta. W Koźlinach los z organami obszedł się bardziej niekorzystnie, przepadły wszystkie piszczałki, zostały tylko wiatrownice pedałowe i manuałowa, poważnie uszkodzone ostatnio podczas instalowania podłogi w kościele.  
Kiedy przeprowadzaliśmy badania porównawcze poprzedzające rekonstrukcję organów Hildebrandta w Pasłęku (Dalitz był uczniem Hildebrandta), oglądaliśmy te wszystkie instrumenty. Co ciekawe, Dalitz pozostaje niemal całkowicie wierny schematom tzw. menzuracji i geometrii piszczałek Hildebrandta. Schematy te utrzymują się u niego na przestrzeni ponad 30 lat działalności. Jeśli ktoś życzy sobie usłyszeć efekt brzmieniowy zbliżony do tego, który był właściwy organom Dalitza 
                                                                                              więcej...


Rzut okiem do wieży:



 Obok kościoła warto odszukać mały, nieco już zapuszczony cmentarz.

Płytę nagrobną Andreasa Biebersteina, przedstawiciela najsławniejszego siedemnastowiecznego rodu żuławskich chłopów z Krzywego Koła w gminie Suchy Dąb, odnaleźli członkowie Stowarzyszenia "Żuławy Gdańskie".
Płytę nagrobną Andreasa Biebersteina, przedstawiciela najsławniejszego siedemnastowiecznego rodu żuławskich chłopów z Krzywego Koła w gminie Suchy Dąb, odnaleźli członkowie Stowarzyszenia "Żuławy Gdańskie". 




O zaniedbanym, starym cmentarzu we wsi wiedziało wiele osób. Nikt jednak wcześniej nie dociekał, czyje prochy tam spoczywają. Wiejski cmentarz z zabytkowymi stalami przetrwał drugą wojnę światową, mimo że większość nekropolii na Żuławach została zniszczona. 

Niektóre z płyt są w bardzo dobrym stanie - zachowały się nawet gmerki, czyli znaki własności żuławskich gospodarstw, które prawdopodobnie pozwolą zidentyfikować właścicieli pozostałych pomników na cmentarzu. 


- To było niesamowite przeżycie! Czuliśmy się, jakby udało nam się odnaleźć miejsce pochówku któregoś z członków własnej rodziny - opowiadają odkrywcy ze Stowarzyszenia "Żuławy Gdańskie". - Do Krzywego Koła wybraliśmy się tylko po to, by obejrzeć pozostałości cmentarza, o którym wspomniała nam sołtys Małgorzata Cyra. Zupełnie przypadkiem, obok innych grobów, zauważyliśmy dużą płytę leżącą nieopodal na ziemi. Być może została przeniesiona z kościoła, gdzie spoczęły szczątki zmarłego? Po odgarnięciu części ziemi i liści ukazał się dobrze znany nam gmerk w kształcie trójkąta. To był znak Biebersteinów! 

Na kolejną wyprawę grupa wybrała się wyposażona w szpadle, miotły i pojemnik z wodą. Po godzinie odkopano dużą i wspaniale zachowaną płytę z nazwiskiem i datą - 1693 rok. 


- Zamierzamy uporządkować to zabytkowe miejsce i odrestaurować nagrobki. Podejmiemy próbę zdobycia na ten cel pieniędzy z funduszy unijnych - zapewnia Aleksandra Matusz, sekretarz gminy Cedry Wielkie. - Wiosną na pewno uporządkujemy teren i usuniemy dziko rosnące krzewy - dodaje Małgorzata Cyra, sołtys Krzywego Koła. - Naprawdę bardzo się cieszymy, że w naszej wsi odnaleziono cenne historyczne pamiątki.   Z <http://pruszczgdanski.naszemiasto.pl/archiwum/odnalezli-grobowiec-slynnego-chlopa-biebersteina-z-krzywego,1573812,art,t,id,tm.html